W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Barwnej Martyny niezbyt barwne opowieści.

Opublikowano: 2011-07-23
Recenzja książki Zapiski (pod)różne
Jeżeli chcecie się dowiedzieć, co może was spotkać na peronie w Indiach, jak wygląda rytuał oczyszczenia u szamana Raula z Ekwadoru, ile czasu zajmuje zrobienie kapelusza Panama…

Zapraszam do lektury książki Martyny Wojciechowskiej – Zapiski (pod)różne, za jej sprawą rozbudziły się w mnie wielkie nadzieje, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że nie osiągnęłam spodziewanej satysfakcji.

Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że niewielka pozycja, będąca zbiorem krótkich zapisków, fragmentów listów, jest bardzo przyzwoicie wydana. Nieduży format sprawia, że bez trudu schowamy ją do torebki, twarda oprawa ochroni przed zniszczeniem, a masa kolorowych zdjęć nacieszy oczy.

Autorka - Martyna Wojciechowska jest osobą tyleż znaną, co kontrowersyjną. Podróżniczka, postać medialna, zdobywczyni Korony Ziemi, redaktor naczelna NATIONAL GEOGRAPHIC Polska oraz NATIONAL GEOGRAPHIC travelers, miłośniczka motoryzacji i sportów ekstremalnych, matka i w końcu pisarka … i pewnie można by dalej wymieniać. Dla mnie osobiście jest kobietą łamiącą stereotypy, pokazującą, że jak ma się pasję i prawdziwą chęć można dokonać rzeczy niemalże niemożliwych, inspirującą do podejmowania wyzwań i walki o swoje marzenia.

Ponieważ darzę jej osobę ogromnym szacunkiem, sięgnęłam po Zapiski (pod)różne pełna zapału i ekscytacji, niestety pomimo szczerej chęci i licznym staraniom książka nie wywarła oczekiwanego wrażenia (wybuch czytelniczej euforii). Historie opisywane przez autorkę są niewątpliwie ciekawe, nie podlega dyskusji fakt, że wiele widziała i przeżyła dużo sytuacji, zarówno śmiesznych, groźnych, czy wzruszających … i sama nie wiem, dlaczego czytając o nurkowaniu z rekinami nie cierpnie mi skóra, fragmenty o obsesyjnej miłości Japończyków do kapci nie śmieszą, a urywki o kastracji byczków nie budzą ani współczucia dla biednych zwierząt, ani nie wywołują grymasu obrzydzenia.

Można się zastanawiać nad przyczyną tego stanu rzeczy. Być może winne jest moje przesadnie pozytywne nastawienie, książka nie sprostała moim wymaganiom, ale nie da się ukryć, że oczekiwania względem niej miałam olbrzymie. Z ogromną przyjemnością oglądałam cykl reportaży Kobieta na krańcu świata i moim zdaniem telewizja jest żywiołem Martyny Wojciechowskiej, to co było wypowiadane przed kamerą ciekawiło i inspirowało, a na papierze wypadło trochę blado, zniknęła gdzieś charyzma autorki. Poza tym myślę, że odczucie niedosytu może być spowodowane samą formą książki. Pozycja składa się, zgodnie z tytułem, z kilkustronicowych zapisków. Wydaje mi się, że trzeba być prawdziwym mistrzem pióra, ażeby za pomocą krótkiego opisu oddać emocje, nastrój i atmosferę danego miejsca lub zdarzenia. Moim skromnym zdaniem to się niestety nie udało.

W kontekście moich wcześniejszych słów zachęta, aby jednak przeczytać Zapiski (pod)różne, może budzić zdziwienie. Wyjaśnię więc, że nie cierpię na rozdwojenie osobowości i faktycznie zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. Po pierwsze, Martyna Wojciechowska pisze o wielu miejscach, są to oczywiście skrótowe informacje, ale mogą stać się inspiracją dla dalszych, już w szerszym ujęciu, literackich poszukiwań. Po drugie, autorka jest wspaniałą kobietą i osobiście pragnę, żeby wiodło się jej jak najlepiej, na złość męskim szowinistom, którzy twierdzą, że miejsce kobiety jest w domu przy garach. Po trzecie, w całej pozycji możemy znaleźć inspirujące fragmenty jak np. ten: Moim przeznaczeniem jest bycie w drodze, w ciągłym ruchu… Smakowanie życia w czystej postaci i tak jak umiem (…) Moim żywiołem jest codzienne dotykanie granicy swoich możliwości, w różnych wymiarach. Mamy jedno życie i nie będzie nam dane przeżyć go jeszcze raz. Chcę mieć pewność, ze zrobiłam wszystko, żeby nie żałować, że zmarnowałam choćby minutę. Niby banalne, ale w ustach osoby, która zamiast leżeć na kanapie i użalać się nad nudnym życie zdobywa Mount Everest, zyskuje całkiem inne znaczenie.

Martyna Wojciechowska, Zapiski (pod)różne, National Geographic, Warszawa 2011.

Anna Szokalska
(redakcja@kobieta20.pl)



Facebook
 

COUNT:33