Długo wyczekiwany, zabawny, mądry, zdroworozsądkowy, prawdziwy, wreszcie inspirujący pamiętnik joginki. Krótko: cudowna książka!
Elizabeth Gilbert, autorka Jedz, módl się i kochaj
Opowieść kobiety, która ucieka, by odnaleźć siebie.
Inspirująca refleksja o odwadze, jakiej wymaga podążanie własną drogą.
Powieść o dobroczynnym wpływie jogi nie tylko na ciało, ale też na ducha.
Dla każdego, kto kiedykolwiek próbował stanąć na głowie, trzymając obie nogi na ziemi.
FRAGMENT
Rządziła mną potrzeba bycia dobrą. Miałam trzydzieści jeden lat. Wszystkie mamy, które znałam, przynajmniej te w moim wieku i okolicy, żyły wedle tych samych reguł. Był to wariant starego przeboju, perfekcjonizmu, tyle że bez kompleksów na punkcie wyglądu. Nie chciałyśmy wyglądać dobrze. Chciałyśmy być dobre. Chciałyśmy, by w naszym życiu panowała swego rodzaju moralna nieskazitelność.
Naszą dobroć napędzała ukryta trwoga: co będzie, jeśli choć na chwilę przystaniemy? Nie chciałyśmy znać odpowiedzi na to pytanie. Nigdy więc nie przystawałyśmy.
Oczywiście pokpiwałam sobie z tych niedorzecznych dyktatów macierzyństwa; niemniej ulegałam im, i to całkowicie. Joga była częścią pomysłu mającego zmienić mnie w kogoś nowego. Może jeśli stworzę pozór osoby pełnej spokoju, przestanie mnie ogarniać ten egzystencjalny lęk, jakiego nie czułam od czasów, kiedy w okresie pokwitania przechodziłam fazę na wielkie płaszcze à la egzystencjaliści.
Tamtej jesieni żywiłam się jogą, oddychałam nią i marzyłam o niej.
Moje życie zaczęło obracać się wokół wtorkowych i czwartkowych wieczorów; były to wielbłądzie garby na plecach tygodnia pracy. W przerwach nad asanami i oddechem pracowałam sama.
Gdzieś we mnie tkwiła uparta myśl, że joga uczyni mnie lepszą. Może już czyniła, choć odrobinkę. Byłam spokojniejsza. Bardziej zrównoważona. Mniej strachliwa. Intonowałam więc, wykonywałam pozycje i medytowałam. Brnęłam dalej z tym samym nastawieniem, co na początku: a co mi tam. Może coś z tego zadziała.