W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


M jak magister, M jak McDonald's

Opublikowano: 2011-08-07
Magister na bezrobociu
Jako dzieci słyszymy: „Nauka to podstawa!”, „Bez szkoły będziesz nikim!” itp. Wierząc w to lub też nie, pokonujemy kolejne stopnie edukacji.

Na koniec zdobywamy upragniony tytuł magistra/inżyniera i jesteśmy pewni, że ten otworzy nam drzwi do kariery. Zbyt często jednak z tytułem w ręku w drzwi kariery możemy jedynie walić głową.


Polskie szkolnictwo
Od lat jesteśmy świadkami wielu zmian w polskim szkolnictwie. Zaczęło się od wprowadzenia gimnazjum – sześć lat podstawówki, trzy lata gimnazjum i trzy (zamiast czterech) liceum. Czy pomysł był dobry? Wątpliwe. Gimnazjum nie wniosło niczego dobrego, a jedynie ukradło jeden cenny rok w liceum. Rok w liceum był cenny, gdyż to liceum ma przygotowywać do zdania egzaminu dojrzałości – matury. Nie było wyjścia. Trzeba było zmienić również formę matury. Skoro czasu na przygotowanie jest mniej nowa matura miała nie tyle sprawdzać ogrom obrytej wiedzy, co nauczyć logicznego myślenia i wykorzystania tej wiedzy w problematycznych ćwiczeniach. Forma egzaminu zmieniła się z całkowicie otwartej na częściowo zamkniętą (zadania testowe) i częściowo otwartą. A wszystkim rządzi tajemniczy klucz. Jeżeli nie odpowiesz na pytanie w jeden z trzech możliwych sposobów zawartych w kluczu, to choćby Twoja odpowiedź wcale nie kłóciła się z prawdą – punktów nie ma. Wyszło na to, że na nowej maturze trzeba myśleć schematycznie, a Ci bardziej pomysłowi i inteligentni mogą mieć problem w zdobyciu wysokiego wyniku. No, ale nowa matura miała lepiej przygotować do studiów.


Co ze studiami?
Otóż obecnie nie ma większego problemu aby uzyskać status studenta. W czasie niżu demograficznego uczelnie wręcz „proszą się” o kandydatów. Oprócz państwowych uczelni, na które ciężej się dostać, mamy masę uczelni prywatnych, których oferta edukacyjna jest równie interesująca. Można by pomyśleć, że jest dobrze - każdy może obecnie skończyć studia i być kimś. Tylko, czy faktycznie w dzisiejszych czasach skończenie studiów gwarantuje nam życie na poziomie? Studenci właśnie taką mają nadzieję. Wybierają ciężkie, wymagające kierunki; niejednokrotnie zadają sobie wiele trudu aby przejść przez kolejne etapy i pozaliczać naprawdę trudne egzaminy. Poświęcają na studia zwykle aż pięć cennych lat swojego życia i dodatkowo bardzo często inwestują w to wiele pieniędzy. Po pierwsze - wielu z nich studiuje zaocznie, bądź na prywatnych uczelniach, na których edukacja jest wysoko ceniona. Po drugie – nawet jeśli studiują dziennie, to bardzo często na studia muszą wyjeżdżać z rodzinnego domu do innego miasta, a tam trzeba zapłacić za: mieszkanie, jedzenie, opłaty.


Życie po studiach
Mając 25 lat młody człowiek ma za sobą 5 lat zmagań z egzaminami, jest biedniejszy o pieniądze zainwestowane w edukację, ale za to pełen nadziei na lepsze życie. W końcu zdobył tytuł magistra, czy inżyniera i ma wiedzę. Niestety bardzo często marzenia o lepszym życiu pryskają jak bańka mydlana. Wprawdzie pojawiają się oferty pracy odpowiadające danemu wykształceniu, ale pierwszą i kluczową trudnością jest BRAK DOŚWIADCZENIA. Owszem - na każdych studiach obowiązują praktyki, ale trwają miesiąc, góra dwa i nie są traktowane poważnie przez pracodawcę. A przyszły pracodawca jest bardzo wymagający i najlepiej jakby ubiegający się o pracę miał już pięć lat doświadczenia. No jeżeli nie pięć, to przynajmniej dwa... Nie ta praca, to inna – myśli młody człowiek i szuka dalej. Jednak sytuacja się powtarza i błędne koło się zamyka. Pytanie: gdzie człowiek po studiach ma zdobyć doświadczenie skoro aby się zatrudnić wszędzie go wymagają? Dlaczego firmy nie chcą inwestować w edukację ludzi młodych, dynamicznych i nieznużonych życiem?

Żenująca rzeczywistość
A za coś żyć trzeba. Dlatego po nieudanych próbach znalezienia pracy w zawodzie, magister/inżynier szuka pracy gdziekolwiek. Po odbyciu kilku rozmów kwalifikacyjnych wreszcie znajduje i zostaje np. doradcą klienta. Pracuje w sklepie odzieżowym i doradza klientowi, w której bluzeczce wygląda najlepiej. Do tego musi uprzejmie obchodzić się z niezadowolonymi zakupoholiczkami i to za całe 1100 zł netto. Jeśli nie doradca klienta, to np. praca na produkcji. Produkcja frytek i innego fast foodu na wynos. Przy nadmiarze szczęścia tak odpowiedzialnej osobie po studiach powierzy się do opieki dziecko za 6zł/h. Taka sytuacja składa się na niemały absurd. To po co zadawać sobie trud i studiować? Przecież sprzedawać ciuchy, robić hamburgery czy opiekować się dzieckiem można i bez tego…

Problem istnieje i nie można go bagatelizować. Ludzi po studiach - młodych i ambitnych – nie powinno się zniechęcać. Nasuwa się pytanie: kogo winić za taką sytuację? Czy problem zaczyna się już na poziomie gimnazjum, które (jak wiem z własnego doświadczenia) jest stratą czasu, a zabiera nam rok liceum? Czy może to wina nowej matury, która wbrew założonym celom wcale nie wzbogaca naszego myślenia? A może problem istnieje na każdym poziomie edukacji, która za bardzo stawia na wiedzę teoretyczną, pozbawiając nas praktycznych umiejętności? Czyżby szkoła uczyła nas tylko, że „trzeba wiedzieć”, a nie „potrafić zrobić”? A może winne są zakłady pracy, które nie dają szansy na zdobycie doświadczenia zawodowego?

Co mogą robić młodzi ludzie? Przede wszystkim należy stosować się do maksymy „umiesz liczyć, licz na siebie” i samemu dbać o zdobywanie praktycznych umiejętności. Nie zajmie się tym szkoła, ani uczelnia. Należy być aktywnym i próbować nabywać doświadczenie już w trakcie studiów. Oczywiście będzie to praca non profit, ale czego się nie robi dla późniejszego sukcesu? Jak mówią – „Jeśli chcesz zarabiać nie pracując, musisz najpierw pracować nie zarabiając”.

Żaneta Obrzut
(redakcja@kobieta20.pl)



Facebook
 

COUNT:31