W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Rozmowa z Debbie Macomber

Opublikowano: 2013-03-20
Rozmowa z Debbie Macomber, autorką Pensjonatu wśród róż.
O urokach życia w małych miasteczkach i tym, co buduje rodzinne szczęście. A także o tym, że pierwszą powieść można napisać w kuchni, na pożyczonej maszynie do pisania.

Rozmowa z Debbie Macomber, autorką Pensjonatu wśród róż. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego 21 marca.

Pani powieści osiągnęły łączny nakład 170 milionów sprzedanych egzemplarzy. Są wydawane na całym świecie. Jak wyglądały pani pisarskie początki?
O pisaniu książek marzyłam już jako dziecko. Chciałam pisać i opowiadać. Kładłam się do łóżka, a zanim zasnęłam, w mojej wyobraźni kłębiło się od fabuł i scen odgrywanych przez różne postaci. Marzenie, by kiedyś zostać pisarką, zwolna mną zawładnęło. Myślałam o tym z radością i nadzieją. A później pięć lat pilnie pracowałam nad tym, by sprzedać pierwszą powieść. Miałam wtedy czworo małych dzieci i pisałam przy kuchennym stole na pożyczonej maszynie do pisania. Od tego czasu minęło trzydzieści lat, a ta sama radość, której doświadczałam jako dziecko, towarzyszy mi dziś każdego ranka gdy siadam przy komputerze. Jestem szczęśliwa, że mogę robić to, co kocham.

Na podstawie pani powieści powstały cztery filmy emitowane przez Hallmark Channel, zresztą z gwiazdorską obsadą. Zagrały w nich m.in. Doris Roberts i Andie MacDowell. Czy pani uczestniczyła w pracach nad tymi filmami?
Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. Przekład książki na obraz zostawiłam fachowcom, nie ingerowałam w pisanie scenariusza ani dobór aktorów. Odwiedzałam jednak miejsca, w których filmy były kręcone i spotykałam się z aktorami. Doris Roberts i Andie MacDowell są znakomitymi, niezwykle utalentowanymi aktorkami.

Jest pani autorką ponad 150 książek, pisze bloga, prowadzi profil na Facebooku. Jak pani znajduje czas na to wszystko?
Jestem rannym ptaszkiem. Wstaję wcześnie, robię notatki w dzienniku, czytam Biblię, a potem idę popływać lub pospacerować. W moim biurze pojawiam się o 7:30. Sprawdzam emaile, odpisuję czytelnikom. Wsparcie z ich strony jest dla mnie bardzo ważne. A potem biorę się za pisanie. Nie przestaję póki nie zrealizuję dziennego planu. Wszystko idzie tak sprawnie dzięki pomocy moich pracowników. Są po prostu wspaniali.

Jaki dzień w roku jest dla pani najważniejszy?
Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Bardzo istotne są dla mnie święta religijne, ale jeśli chodzi o konkretny dzień, wymieniłabym 1 stycznia. To czas początków, obietnicy, odnowy, nowych projektów. Co roku spisuję listę noworocznych postanowień – osobistych, rodzinnych, duchowych oraz zawodowych i przeglądam spis z ubiegłego roku. To dobry moment dla refleksji, zastanowienia się nad sobą. Czas modlitwy o słowo, na którym skupię uwagę w rozpoczynającym się roku i które będzie moim duchowym przewodnikiem.

Motto na pani stronie internetowej głosi: „Gdziekolwiek jesteś, Debbie zabiera cię do domu”. Jaki jest dom Debbie Macomber?
Mieszkam w stanie Washington. Mam piękny dom z cegły, architektonicznie nawiązujący do stylu Tudorów. Stoi pośród drzew na pięcioakrowej działce. Dla wnuków zbudowaliśmy fort, z piracką flagą i prawdziwą armatą. Armata nie działa więc nie stanowi zagrożenia, a dzieci uwielbiają się bawić w tym miejscu. Mam też warzywnik i ogród z kwiatami. Uwielbiam pielić grządki i dzielić się tym, co z nich wyrośnie z rodziną i przyjaciółmi. Wnuki chętnie towarzyszą mi w tych pracach. Sercem domu jest jednak kuchnia. Gotowanie dla rodziny to wielka radość. To tutaj wspólnie przygotowujemy i jemy posiłki. Tutaj też, nad filiżanką herbaty, z córkami i synami urządzamy sobie pogaduszki od serca.

Pewien recenzent napisał, że nikt nie potrafi tak mocno poruszyć serc czytelników jak pani. Czy jako osoba prywatna jest pani towarzyską osobą?

Nie ma we mnie podziału na pisarkę i prywatną osobę. To jedna i ta sama Debbie Macomber. Zawsze lubiłam spotykać się z ludźmi. Kontakt z czytelnikami, podpisywanie książek i inne wydarzenia z ich udziałem dają mi wiele satysfakcji. Jeśli widzę, że osoba przede mną jest wyraźnie onieśmielona, zwykle mówię: „Nie bój się mnie. Jestem przyjaźnie nastawiona.”

Często bierze pani udział w akcjach charytatywnych…

Sukces i kariera pisarska otworzyły przede mną wiele możliwości. Chcę wyrazić swą wdzięczność, pomagając innym. Dlatego poświęciłam wiele czasu, energii i funduszy, by wspomóc rozmaite organizacje (Boys and Girls Clubs of America, Warm Up America!), a obecnie razem mężem zasiadamy w zarządzie Guideposts Foundation. Od trzech lat jestem sponsorem Knit1 Bless2. Ta inicjatywa ma zachęcić czytelników do wspierania organizacji charytatywnych, które pomagają dzieciom i potrzebującym, przygotowując dla nich ubrania. Są one robione na drutach. To przedsięwzięcie rozrosło się do takich rozmiarów, że postanowiliśmy włączyć program w obręb World Vision’s Knit for Kids, którego jestem rzeczniczką i ambasadorką na inne kraje. Jestem szczęśliwa, że nasz program trafił pod ich skrzydła.

Żyjemy w cywilizacji miejskiej, zdominowanej przez wielkie metropolie. Skąd zatem bierze się w ludziach tęsknota za małymi miejscowościami, takimi jak Cedar Cove?

Bez względu na to, gdzie mieszkamy, chcemy mieć poczucie wspólnoty i przynależności. To poczucie wydaje się być szczególnie zrośnięte z małymi miastami, w których wszyscy się znają i nie są anonimowi. Ja dorastałam w Yakimie, niewielkim miasteczku we wschodniej części stanu Waszyngton, a teraz mieszkam w innej małej miejscowości, w Port Orchard, usytuowanym w zachodniej części malowniczego Półwyspu Kitsap. Myślę, że w naszym pełnym pośpiechu świecie wszyscy marzymy o bliskości, jaka łączy ludzi mieszkających w niewielkich miasteczkach.

W Pensjonacie wśród róż podejmuje pani wątek wojny w Afganistanie, bardzo bolesny dla Ameryki. To druga obyczajowa powieść z pani kraju, jaką czytam, która wydaje się być pewną próbą rozprawienia się z tą międzynarodową traumą. Literatura ma uzdrawiającą moc, pani zdaniem?

Uważam, że tak. Opowieść zabiera nas w inne miejsce i czas, daje możliwość popatrzenia na problem lub sytuację oczami bohatera, który jest częścią tego świata. Literatura pozwala na odsunięcie zasłony i przyjrzenie się temu, co się dzieje dziś i teraz.

Co to znaczy „szczęśliwa rodzina”?

By rodzina była szczęśliwa, niezbędne jest pielęgnowanie rodzinnych tradycji i spotykanie się w gronie bliskich. Mój mąż i ja mamy to szczęście, że nasze dzieci wnuki mieszkają niedaleko. Spędzamy z sobą dużo czasu, razem chodzimy na mecze i kibicujemy drużynie Seattle Seahawks. W okresie Bożego Narodzenia razem z córkami i wnuczkami przygotowujemy prezenty – napoje i ciasteczka – którymi obdarowujemy nauczycieli, współpracowników i sąsiadów. Razem spędzamy święta, a szczególną radość przynosi nam letnie barbecue oraz indyk pieczony na Dzień Dziękczynienia i Boże Narodzenie. Te wydarzenia pozostają w pamięci na całe życie.

Czy rzeczywiste postaci stanowią inspirację dla pani powieści?

Raczej nie. Zdarzają się takie okazje ale staram się nie budować bohaterów w oparciu o znane mi osoby. W serii o Cedar Cove pewnej inspiracji dostarczyła mi moja mama oraz pewna pani znana w naszym miasteczku ze znakomitych robótek ręcznych. Najpierw obmyślam zarys fabuły, a potem tworzę postaci, które do niej pasują.

Co pani robi gdy nie pisze?

Cóż, tych, którzy znają serię Blossom Street, moja odpowiedź nie zdziwi. Jedno z moich hobby to robótki na drutach i szydełkowanie. Każdego wieczoru sięgam po włóczkę. To dobry relaks. Odprężenie. Poza tym dużo czytam, słucham audiobooków. To świetne rozwiązanie, bo mogę wtedy także szydełkować!

Rozmawiała Marta Bartosik, Wydawnictwo Literackie, 2013.

Fot. Wydawnictwo Literackie



Facebook
 

COUNT:33