W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


W ramionach Katriny

Opublikowano: 2012-05-11
Recenzja książki Huragan
Oto jeden z najlepszych przykładów powieści, której siłę stanowi nie fabuła, nie miejsce akcji, ale jej bohaterowie.

Josephine Linc. Steelson, czarnucha od prawie stu lat. Rankiem lubi jeździć autobusem dla bogatych, siada wśród białych i jest zadowolona, że w końcu może to robić, że po tylu latach może spojrzeć białemu prosto w twarz, dotknąć go. Mało tego, jest jeszcze bardziej zadowolona, gdy na twarzy tego białego widzi grymas niezadowolenia. To ona, jako pierwsza, wyczuwa tą sukę, która niesie ze sobą tragedię.

Ksiądz, który co tydzień zagląda do więzienia, odprawić mszę czy udzielić spowiedzi. W głębi serca brzydzi się tego, z czym musi mieć styczność. Gardzi czarnuchami z więzienia i najchętniej by ich wszystkich pozabijał, czyniąc to, rzecz jasna, w imię Pana i na jego prośbę.

Keanu Burns w trakcie pracy na platformie wiertniczej przeżył jakiś straszliwy wypadek, przez który nie może spokojnie żyć. Cały czas męczą go koszmary, cały czas ma przed oczami spalone ciała. Nie potrafi przestać o nich myśleć. Wbrew wszelkim zakazom, prośbom ewakuacji i zbliżającego się huraganu jedzie w kierunku przeciwnym do wszystkich. Jedzie do Nowego Orleanu, gdzie sześć lat wcześniej zostawił kobietę, którą kochał nad życie.

Ona, Rose, właśnie przegrała walkę o alimenty uznając, że ojciec jej synka wcale nim nie jest, choć doskonale wiedziała, że to nieprawda. Jest zagubiona. Kryje w sobie jakąś bolesną tajemnicę. Tajemnicę, która nie pozwala jej spokojnie żyć i patrzeć na dziecko, z należną mu miłością.

Gromada więźniów, której udaje się wydostać z cel, gdy tylko woda zaczyna wdzierać się do miasta i sprawia, że pada cała elektryczność. Wśród nich jest Buckeley, ten, który stanie się naszym narratorem. Wciąż rozdarty pomiędzy tym co chce, a tym co powinien robić. Zbyt słaby, by przeciwstawić się większości.

Przez całą powieść przeplata się narracja tych pięciu osób. Przeplata, a czasem miesza w taki sposób, że ta piątka zdaje się być jednością, choć każdy z nich jest zupełnie inny.

Każda z postaci stworzona przez Gaude jest na swój sposób fascynująca, a Katrina stanowi tu właściwie tylko tło wydarzeń, pretekst do pokazania tego, co się dzieje z ludźmi postawionymi w obliczu tragedii. Jak bardzo potrafimy zmienić się, gdy nasze życie jest zagrożone, jak nieprawdopodobnych wyborów potrafimy dokonywać.

Styl Laurenta Gaudé jest bardzo oszczędny, a on sam stoi jakby na uboczu. Nie udziwnia fabuły, nie urozmaica jej. A ja momentami miałam wrażenie, że jako autor w ogóle nie ingeruje w całość wydarzeń, nawet nie próbuje tego robić. Że sam nie wie, co się dalej wydarzy, że nie ma żadnego planu. Pozwala swoim postaciom żyć własnym życiem, iść w tę stronę, w którą chcą iść, bez względu na to, co on sam sobie początkowo założył.


Laurent Gaude, Huragan, WAB, 2012


Izabela Raducka
(izabela.raducka@kobieta20.pl)




Facebook
 

COUNT:33