Tym razem tylko ostry zakręt sprawił, że nie przegapiłam przystanku.
Książka ma niewiele ponad 100 stron, ale jest w niej więcej trafnych spostrzeżeń na temat ludzi (w szczególności Amerykanów), niż w niejednym opasłym tomie.
Autorka – Amélie Nothomb urodziła się w Japonii, jest Belgijką, pisze po francusku. Jako jedna z niewielu, stara się odpisywać na wszystkie listy, które dostaje od swoich czytelników. Omija tylko takie, w których jest proszona o wsparcie finansowe i zapewniana, że pomoc komuś nadałaby sens jej życiu oraz takie, w których ktoś prosi o możliwość zapoznania z jakimś wybitnym pisarzem. Swoją drogą, do czego zdolni są ludzie…
Pewnego dnia Amélie dostaje list od amerykańskiego żołnierza stacjonującego w Bagdadzie. Jest sceptyczna co do autentyczności tej przesyłki, szczególnie że żołnierz użył w liście przekleństwa na określenie wojny. Czy to by przeszło przez cenzurę wojskową? List jest krótki, są w nim zawarte dwie informacje: nadawca „cierpi jak pies” i jest pewny, że pisarka go zrozumie.
Cierpiący żołnierz w Iraku, normalna sprawa. Ciągłe niebezpieczeństwo, widok krwi, śmierć kolegów po fachu. Często się czyta o żołnierzach, którzy powrócili z wojny, ale nie byli już w stanie żyć w normalnym świecie, popełniają samobójstwa. Wytrzymalsi przez długi czas korzystają z pomocy psychologa. Jednak problemem Melvina Mapple nie jest jedynie strach przed utratą życia, ale jego… tusza.
W kolejnych listach Melvin pisze, że zaciągnął się na wojnę z powodu głodu. Jego domem była ulica, a pożywieniem narkotyki. W końcu zapragnął odbić się od dna, do wojska przyciągnęło go darmowe jedzenie i wiara w to, że wojny się skończyły (która potem okazała się zgubna). Jak reaguje wychudzony organizm na nagłą możliwość najedzenia się? Cóż, Melvin zaczął tyć. Na początku była tylko przyjemność możliwości wzięcia kolejnej dokładki, później sposób na przetrwanie koszmaru wojny. Zasada jest prosta: Mapple wraz z kolegami po powrocie z pola walki zasiadają do jedzenia i.. nie mogą przestać. Obżerają się, czerpiąc z tego ogromną przyjemność. Jedzą, aby zapomnieć o strachu. I tyją. Melvin od początku służby utył 130 kilo i nie ma zamiaru przestać jeść.
Trudno mi było uwierzyć, że chorobliwie otyły żołnierz jest w stanie biegać z karabinem, uciekać przed wrogiem i robić jakiekolwiek inne działania związane z wojskiem. Dziwiłam się, że żołnierz, który jest tak przyzwyczajony do swojego sadła, że nazywa je swoją kochanką, obcym ciałem które przylega do niego, nie zostaje odesłany do psychiatry.
Korespondencja między Amélie a Melvinem rozwija się, autorka z niecierpliwością, ale i obawą czeka na każde wieści z Iraku, na pewien sposób ten biedny żołnierz staje się jej bliski. „Ludzie są jak kraje – pisze Nothomb. – To cudowne, że jest ich tak wiele i że ciągłe dryfowanie kontynentów doprowadza do spotkania tak nowych wysp”. Autorka poznaje te wyspy właśnie dzięki korespondencji. Niesamowite, jak bardzo człowiekowi potrzebna jest druga osoba, nawet jeśli nie zna się jej wyglądu, głosu. Jednak korespondencja ma też to do siebie, że może z nagłych powodów się skończyć. Trzeba brać pod uwagę, że równie łatwo jak ktoś wszedł do naszego życia dzięki listom, będzie mógł je opuścić po prostu nie odpisując. Jednak tutaj rozwój wydarzeń jest dużo bardziej zaskakujący.
Ludzie w autobusie dziwnie na mnie spojrzeli, kiedy pod koniec lektury zrobiłam wielkie oczy i powiedziałam sama do siebie: „Co?! Jak to?”. Czytając „Pewną formę życia” zaskoczysz się, i to nie raz!
Pewna forma życia, Amélie Nothomb, Muza S.A., 2011
Hanna Kwaśna
(redakcja@kobieta20.pl)