Bałagan sam się nie zrobił. Mimo że Mary przed śniadaniem rozkłada gazety na podłodze, aby okruszki ze stołu nie leciały na kafelki, że biega z odkurzaczem wokół krzeseł Gabe’a i Rufusa zanim jeszcze skończą jeść, że co jakiś czas czyści filtr w pralce, ich dom przypomina pobojowisko. Sterty gratów pod schodami, rozrzucone na krzesłach ubrania, torebki po zaparzonej herbacie na blacie kuchennym, zwinięte w kulkę skarpetki zamiast w koszu, leżą obok niego. Wszystkiemu winien jest oczywiście mąż - Joel, który nawet się nie spodziewa, jaką taktykę wobec jego bałaganiarstwa przyjmie niedługo jego marudna żona.
Mary ma niesamowity dar zauważania wad u drugiego człowieka, szczególnie u swojego męża, a te wady są często tak błahe, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Jako doskonała organizatorka postanawia w sekrecie stworzyć listę przewinień męża, która ma być „dowodem zbrodni” na sprawie rozwodowej.
Lista przewinień w Excelu rośnie w zastraszającym tempie. Przekonana, że to idealny sposób na wprowadzenie kontroli w małżeństwo, na wytknięcie błędów i wmówienie własnych racji, Mary skrupulatnie odnotowuje, że przy łóżku znów pojawiły się brudne szklanki, a mokre ścierki do naczyń leżą w szufladzie wraz z czystymi. Najdrobniejsze przewinienia męża znajdują swoje miejsce na liście, która staje się miejscem, gdzie rozdrażniona Mary rozładowuje emocje. Jednak z dnia na dzień kobieta jest coraz mniej przekonana o celowości „administracji domowej”. Czy naprawdę chce wyrzucić Joela z domu? Człowieka, w którym kilka lat wstecz zakochała się po uszy, który zawsze sprawia jej miłe niespodzianki w dzień zakochanych, uwielbia piec ciasta z synami (oczywiście nie sprzątając później bałaganu w kuchni), wzrusza się słysząc muzykę Leonarda Cohena, który nadal niesamowicie ją pociąga?
Myślę, że autorka celowo wprowadziła do powieści kilka innych par – przyjaciół Mary i Joela. Każda z tych rodzin jest inna – Mitzi z Michaelem, mający fioła na punkcie recyklingu, oszczędzaniu energii i perfekcyjnym wyglądzie, Cara i Rebeca – lesbijki, które nie wiedzą, czy zdecydować się na dziecko, w końcu Jemima, której facet musi być wysportowany i przystojny. Mary i Joel na tle tych osób wypadają zdecydowanie najnormalniej i najsympatyczniej, a ich bałaganiarstwo wydaje się być duszą domu. Mary jeszcze zdąży za nim zatęsknić…
Ta książka jest urocza. Poznając kolejne nawyki Joela chciałam krzyczeć „prawda, wszyscy faceci tak robią!”, innym razem zaśmiewałam się z zabawnych dialogów rodziców z dziećmi, denerwowałam na przewrażliwienie głównej bohaterki na punkcie rozgardiaszu. Paradoksalnie lista wykroczeń narobiła większego bałaganu, niż pożytku. Bo tak naprawdę nie chodziło o to, aby sterta naczyń ze zlewu zniknęła raz na zawsze. Zaprowadzenie porządku w domu nie zaprowadzi harmonii w relacji z ukochanym człowiekiem. Od tego jest wsparcie, rozmowy i mnóstwo czasu spędzonego w rodzinnym gronie. Odprężająca lektura przypominająca, na czym polega partnerstwo i pielęgnowanie miłości, z babskiego punktu widzenia i przymrużeniem oka.
Christina Hopkinsom, Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Hania Kwaśna
(redakcja@kobieta20.pl)