„Florenckie lato” to powieść obyczajowa z elementami romansu, powieść niemal klasyczna, taka jakie najlepiej zapamiętałam z dzieciństwa. To opowieść tocząca się latami, mająca w tle historię i wielu, mniej lub bardziej istotnych, bohaterów.
Akcja powieści rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej i trwa aż do jej zakończenia. Ponura sceneria, obraz nędzy i rozpaczy, towarzyszy niewiele optymistyczniejszym losom bohaterek na każdym kroku. Tessa jest cieszącą się powodzeniem modelką, która obraca się w najlepszym towarzystwie. Osiągnęła niemal wszystko o czym może marzyć dziewczyna wykonująca jej zawód. Bawi się, nie stroni od romansów i żyje chwilą. Jej młodsza siostra, zawsze odpowiedzialna Freddie, uczy się w szkole z internatem opłacanej przez Tessę. Wszystko układa się po ich myśli, ale tylko do czasu aż na ich drodze staje przystojny, ale żonaty pisarz-kobieciarz imieniem Milo dla którego Tessa traci głowę. Potem jest już coraz gorzej… Tessa zachodzi w ciążę, ma problemy z utrzymaniem się, rodzi dziecko, którego Milo nie może zaakceptować. O romansie i jego konsekwencjach dowiaduje się żona mężczyzny – Rebecca, dla której kolejny romans męża to potężny cios. Freddie musi zrezygnować z własnych planów, aby pomóc siostrze. Życie każdej z trzech kobiet dramatycznie się zmienia…
Tym co w powieści Judith Lennox zachwyca są trzy kobiece kreacje. Wydają się być niesamowicie naturalne i autentyczne, są barwne i na swój normalny sposób wyjątkowe. Każda z nich jest inna od pozostałych, momentami różnią się jak ogień i woda. Mają swoje wady i zalety, robią rzeczy wielki i popełniają gigantyczne błędy. Są w tym wszystkim tak ludzkie, że łatwo się z nimi utożsamić i nie da się ich jednoznacznie ocenić. Umiejętność Lennox pisania o uczuciach i emocjach sprawia, że tych pań nie da się nie polubić.
Brakuje mi pomysłu na to jak jednoznacznie ocenić język powieści. Z jednej strony jest dość barwny, świetnie obrazuje bohaterów i ich emocje. Dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie! Z drugiej – opisy miejsc niemal nie istnieją (a tak liczyłam na opisy Florencji i wszystkiego co włoskie). Pod nosem uśmiechałam się czytając opisy wyglądu pojawiających się stopniowo bohaterów – ja w taki sposób (moim zdaniem niedoskonały) pisałam w gimnazjum! Coś tu jest nie tak?
Poza językiem rozczarował mnie tytuł, a raczej jego tłumaczenie (w oryginale „Catching the Tide”). Gdzie ta Florencja, gdzie to lato z tytułu, gdzie ta zieleń z okładki?
Wady powieści o których wspomniałam są według mnie istotne. Są małymi ryskami na szkle, które zakłócają odbiór. Czy było jednak aż tak źle? Nie. Książkę czyta się szybko, przyjemnie i ciężko się od niej oderwać. Opisywane w niej uczucia wydają się rzeczywiste
(to nie fikcja, tak bywa), miłość jest największym dobrem i największą tragedią, nie brakuje zawiści, zazdrości i zdrady. Fabuła jest wielowątkowa i świetnie pokazuje jak bardzo ludziom zależy na tym, aby odnaleźć własne szczęście, nawet gdy trzeba będzie za nie słono zapłacić. Przeczytać jeden raz powieść Lennox z pewnością warto. Ale czy warto do niej wracać? Zależy od gustu.
Judith Lennox, Florenckie lato, Prószyński i S-ka, 2011
Milena Kwasek
(milena.kwasek@kobieta20.pl)