Bohaterkom powieści zależy wyłącznie na tym, by się dobrze bawić. Tematy królujące w ich rozmowach to imprezy, ciuchy, alkohol i seks. Jeśli przy tym wszystkim uda się komuś dokuczyć, zrobić parszywy żart, czy wyśmiać w obliczu całej szkoły, będzie jeszcze zabawniej.
Pewnego wieczoru bohaterki książki Lauren Oliver wybierają się na huczną imprezę do znajomego ze szkoły. Tak, tylko znajomego. Przecież należy się pokazać i zrobić szum wokół siebie. Impreza jest mocno zakrapiana. Nie brakuje na niej żałosnych zachowań. Gdy Sam z koleżankami postanawia wrócić do domu samochodem, zdarza się wypadek. Jak się domyślacie, nie kończy się dobrze. W końcu kierowcą jest nietrzeźwa nastolatka, a na dworze ciemno i mokro od deszczu....
Po takim wstępie sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Co to za przyjemność czytać o zblazowanych, nadętych, pustych nastolatkach? Jest przecież tyle innych wspaniałych książek. Po kilkunastu stronach miałam ochotę rzucić powieść w kąt. Coś jednak mówiło mi, by poczekać. Wytrwałam, patrzyłam na wszystkie hece dziewczyn z przymrużenia oka.
Nie żałuję. W kolejnych rozdziałach odkrywamy inną stronę ich zachowań. Już tak bardzo mnie nie denerwują, nie drażnią. Czuję raczej smutek, przygnębienie. Choć i pojawiają się pozytywne momenty.
Po owej tragicznej kraksie główna bohaterka książki „7 razy dziś” czuje , iż spada w ciemną otchłań. Pojawia się pustka, po czym słyszy dźwięk budzika. Jest donośny i denerwujący – biip, biip. Tak się dzieje siedem razy... Przez kolejny tydzień będzie przeżywała ten dzień siedmiokrotnie, a my razem z nią. Za każdym razem inaczej. Do naszej głównej bohaterki i narratorki dociera „(...) jak łatwo wszystko się zmienia, jak łatwo wyruszyć tą samą drogą, co zawsze, ale dotrzeć w zupełnie inne miejsce. Jeden fałszywy krok, jeden postój, jeden skrót i nagle dorabiasz się nowych przyjaciół albo fatalnej reputacji (...). Co najdziwniejsze, wydaje mi się, jakby wszystkie te możliwości istniały jednocześnie, jakby każda chwila naszego życia składała się z ułożonych warstwami momentów, których każdy wygląda inaczej.”.
Ciekawym rozwiązaniem wydaje się być dwutorowa narracja. Z jednej strony mamy relację Sam powtarzających się siedmiu dni z jej życia. Z drugiej zwraca się ona jakby do nas, ale już z miejsca gdzie utknęła. Nie jest ani na ziemi, ani w niebie. Powoli zdaje sobie sprawę ze znaczenia wydarzeń w swoim życiu. Na wszystko patrzy z innej perspektywy, staje się bardziej uważna, krytyczna wobec samej siebie. Uchronność losu nie jest już jej obca.
Książka „7 razu dziś” jest napisana prostym, lecz przyjemnym językiem. Myślę, że trafiającym w sedno. Zarówno dorosły czytelnik, jak i ten trochę młodszy odnajdzie się w niej doskonale. Poza tym autorka nie oszczędza nam ciekawych porównań. Na przykład to spodobało mi się „uczucie zamknięcia w wirującej pralce”, które jest tłumaczone „(...) jakbym krążyła coraz bliżej i bliżej tych samych osób i tych samych wydarzeń, ale oglądała wszystko z coraz to innego punktu widzenia”. Wydaje się to meritum opowieści, które chce przesłać nam pisarka za pośrednictwem Sam.
Jedno jest pewne, przy perypetiach szalonych dziewczyn nie będziecie się nudzić. Początkowe rozdrażnienie głównymi bohaterkami mija. Co więcej od książki ciężko się oderwać.
Lauren Oliver, 7 razy dziś, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011
Agnieszka Zieleń
(radakcja@kobieta20.pl)