Ciężko mi zacząć pisać tę recenzję. Bo jak tu oceniać książkę, która została napisana tak dawno i to w specyficznych, trudnych czasach? Powieść Stanisława Dygata była niejednokrotnie recenzowana, choćby z racji daty pierwszego wydania. Czy już nie wszystko na jej temat napisano? Czuję się nieco zawstydzona. Przedstawię zatem wyłącznie moje subiektywne odczucia.
Poznajemy Pawła, młodego chłopaka pochodzącego z tak zwanej dobrej rodziny. Nie odnajduje się w świecie schematów, form i pozorów. Nie potrafi znaleźć swojego miejsca. Miota się wokół własnej osi. Splot zdarzeń sprawia, iż poznaje fordanserkę Lidkę. Spędzają ze sobą trochę czasu. Właściwie niewiadomo dlaczego, ale dobrze czują się w swoim towarzystwie. I tu historia mogłaby biec w dobrym, szczęśliwym kierunku. No właśnie, mogłaby... Wojna czająca się za rogiem oraz społeczne dysonanse stają na drodze, choć oni o tym do końca nie wiedzą. O tym, że los postawi ich obok siebie już po wojnie, też nie zdają sobie sprawy. Tylko, że życie poszło dalej i nic nie jest takie, jak powinno być.
Już pierwsze dwa zdania zachęciły mnie do lektury, a brzmią one: ”Uniwersytet wrzał i huczał. Był maj, miesiąc, w którym kwitną bzy i więdną zimowe troski.”. Zdradzają one porcję emocji, z jaką przyjdzie nam się spotkać. Książka aż od nich kipi. To duża zaleta, dzięki temu byłam w stanie choć trochę wczuć się w sytuację głównego bohatera. Swoją zasługę mają również barwne opisy otaczającej rzeczywistości. Z początku mnie drażniły. Jednak bez nich „Pożegnania” nie byłyby tak pełne, dosadne.
Prócz wątku miłosnego, według mnie Stanisław Dygat chciał nam pokazać rozterki młodego człowieka, który nie zgadza się z istniejącym światem. Wszystko go w nim uwiera, gniecie. Gdzie się nie obejrzy tam pełne bezsensu sytuacje. Przypomina mi idealistę, romantyka. Jak on ma się w tym wszystkim zachować? Czy sam coś działa?
Ta nieobszerna książka wywarła na mnie spore wrażenie. Pokazała z jakimi problemami mogli się borykać ludzie w moim wieku w tamtych czasach. Nie mi osądzać ich sposób myślenia, choć nie raz mnie dziwił, a czasem drażnił. Warto poświęcić popołudnie na „Pożegnania”. Z pewnością pozostanie w głowie refleksja nad przeszłością.
Stanisław Dygat, Pożegnania, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Agnieszka Zieleń
(redakcja@kobieta20.pl)