Fantastyka machorką, salami i smarem pachnąca

Opublikowano: 2011-12-16
Recenzja książki Aparatus
Czerwony Lwów, wojenna Warszawa, mroczny Sankt Petersburg. Naczelny ambasador Wschodu - Andrzej Pilipiuk - uwodzi czytelnika opowiadaniami podszytymi słowiańskimi legendami, fantazją i pradawną magią.

Dzyń, dzyń, dzyń – zadzwoniła tajemnicza maszyneria w rękach młodego fascynata giełd staroci. Pośród sterty chłamu znalazł on prawdziwą, szalenie intrygującą perełkę. Dlaczego tajemniczy aparatus nie pełni żadnej funkcji? Nie ma racjonalnego rozwiązania zagadki jego przeznaczenia. Z drugiej strony, niewielkie curiosum wykonane zostało w sposób iście mistrzowski i precyzyjny - nie była to bezcelowa zabawka czy żarcik ucznia zegarmistrza. Jaki sekret kryje w sobie dzwoniący sprzęt? Tajemnicę tytułowego Aparatusa rozwieje jedynie zakończenie flagowego opowiadania z najnowszego zbioru opowiadań króla polskiej fantastyki.

Pilipiuk w całym tomiku nie zwalnia tempa, każda karta zapewnia czytelnikowi nową partię doznań, emocji, ale i wspaniale podanej wiedzy. Fantazja tego niezwykle popularnego obecnie pisarza wydaje się porostu nieskończona! Każdy, kto choć raz sięgnął po prozę Pilipiuka złapał się na myśli - Skąd on bierze te pomysły? Nie inaczej jest także w przypadku Aparatusa.

Prócz tytułowego opowiadania na książkę składa się jeszcze siedem tekstów. Część z nich łączy się z postacią młodego amatora myszkującego po skarbach z przeszłości (zakochanego w nieczułej na adorowanie Marcie), o imieniu Robert Storm, część jednak jest ze sobą zupełnie niepołączona. W żadnym z opowiadań autor nie odnosi się także do znanych już postaci czy opisywanych wcześniej wątków.

Mocno zachwyciła mnie kolejny raz nieograniczona wyobraźnia autora. Raczy on pomysłami świeżymi, nieszablonowymi, i jak to u Pilipiuka bywa – cudownie słowiańskimi, ludowymi i z pewną pradawną mocą. Autor żongluje z finezją miejscami akcji, bohaterami, zaplanowanymi losami. Raz zgłębia tajemnicze losy miniaturowych osiołków, których sekret dziwnie przeraża okolicznych mieszkańców nawet po latach, by za chwilę rzucić czytelnika do przerdzewiałej łodzi, płynącej z akcją ratunkową o wątpliwych skutkach.

Książki Pilipiuka stanowią wspaniałą odtrutkę na zalewającą nasz kraj kulturę ubogiego, współczesnego zachodu, obdartą z mistycyzmu, tajemnicy, ludowości. Pilipiuk, czerpiąc ze swej imponującej wiedzy historycznej i archeologicznej oraz słowiańskich legend, przypomina czytelnikowi o wielkiej mocy, jaka drzemie we wschodnich ziemiach, których częścią jest także Polska.

Pomimo niezaprzeczalnego uroku Aparatusa, część czytelników może zawieść się podczas czytania, gdy nie znajdzie zbyt wiele znanego z innych książek wyśmienitego, czarnego humoru. Osobiście także cenię najbardziej humorystyczne teksty autora, w końcu to one zapewniły mu tytuł polskiego Terry Pratchetta. Rozumiem jednak, że autor może poczuć się zmęczony ciągłym rozbawianiem czytelnika. Inną kwestię stanowi  fakt, że chichotanie i dobry humor niezbyt pasują do opowiadań o mrocznym klasztorze pradawnej wiary, wampirzych podróżnikach czy budzącej lęk zbuntowanej przyrodzie Warszawskich Łazienek.        

Jedyna wada Aparatusa, jaką zauważyłam  to... zbyt krótkie poszczególne historie. Pilipiuk tworzy tak ciekawe i realistyczne postacie, że miałam ochotę dowiedzieć się o nich jeszcze więcej. Czasem niestety czułam się, jakby pisarz przerwał w nieodpowiednim momencie i odczuwałam wielką chęć dowiedzenia się co było dalej. Fakt, że nie jestem fanką opowiadań - czym dłuższa forma, tym dla mnie lepiej.



Andrzej Pilipiuk, Aparatus, Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2011

Joanna Szczygłowska
(joanna.szczyglowska@kobieta20.pl)



Facebook
Reklama
 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat