Dzyń, dzyń, dzyń – zadzwoniła tajemnicza maszyneria w rękach młodego fascynata giełd staroci. Pośród sterty chłamu znalazł on prawdziwą, szalenie intrygującą perełkę. Dlaczego tajemniczy aparatus nie pełni żadnej funkcji? Nie ma racjonalnego rozwiązania zagadki jego przeznaczenia. Z drugiej strony, niewielkie curiosum wykonane zostało w sposób iście mistrzowski i precyzyjny - nie była to bezcelowa zabawka czy żarcik ucznia zegarmistrza. Jaki sekret kryje w sobie dzwoniący sprzęt? Tajemnicę tytułowego Aparatusa rozwieje jedynie zakończenie flagowego opowiadania z najnowszego zbioru opowiadań króla polskiej fantastyki.
Pilipiuk w całym tomiku nie zwalnia tempa, każda karta zapewnia czytelnikowi nową partię doznań, emocji, ale i wspaniale podanej wiedzy. Fantazja tego niezwykle popularnego obecnie pisarza wydaje się porostu nieskończona! Każdy, kto choć raz sięgnął po prozę Pilipiuka złapał się na myśli - Skąd on bierze te pomysły? Nie inaczej jest także w przypadku Aparatusa.
Prócz tytułowego opowiadania na książkę składa się jeszcze siedem tekstów. Część z nich łączy się z postacią młodego amatora myszkującego po skarbach z przeszłości (zakochanego w nieczułej na adorowanie Marcie), o imieniu Robert Storm, część jednak jest ze sobą zupełnie niepołączona. W żadnym z opowiadań autor nie odnosi się także do znanych już postaci czy opisywanych wcześniej wątków.
Mocno zachwyciła mnie kolejny raz nieograniczona wyobraźnia autora. Raczy on pomysłami świeżymi, nieszablonowymi, i jak to u Pilipiuka bywa – cudownie słowiańskimi, ludowymi i z pewną pradawną mocą. Autor żongluje z finezją miejscami akcji, bohaterami, zaplanowanymi losami. Raz zgłębia tajemnicze losy miniaturowych osiołków, których sekret dziwnie przeraża okolicznych mieszkańców nawet po latach, by za chwilę rzucić czytelnika do przerdzewiałej łodzi, płynącej z akcją ratunkową o wątpliwych skutkach.
Książki Pilipiuka stanowią wspaniałą odtrutkę na zalewającą nasz kraj kulturę ubogiego, współczesnego zachodu, obdartą z mistycyzmu, tajemnicy, ludowości. Pilipiuk, czerpiąc ze swej imponującej wiedzy historycznej i archeologicznej oraz słowiańskich legend, przypomina czytelnikowi o wielkiej mocy, jaka drzemie we wschodnich ziemiach, których częścią jest także Polska.
Pomimo niezaprzeczalnego uroku Aparatusa, część czytelników może zawieść się podczas czytania, gdy nie znajdzie zbyt wiele znanego z innych książek wyśmienitego, czarnego humoru. Osobiście także cenię najbardziej humorystyczne teksty autora, w końcu to one zapewniły mu tytuł polskiego Terry Pratchetta. Rozumiem jednak, że autor może poczuć się zmęczony ciągłym rozbawianiem czytelnika. Inną kwestię stanowi fakt, że chichotanie i dobry humor niezbyt pasują do opowiadań o mrocznym klasztorze pradawnej wiary, wampirzych podróżnikach czy budzącej lęk zbuntowanej przyrodzie Warszawskich Łazienek.
Jedyna wada Aparatusa, jaką zauważyłam to... zbyt krótkie poszczególne historie. Pilipiuk tworzy tak ciekawe i realistyczne postacie, że miałam ochotę dowiedzieć się o nich jeszcze więcej. Czasem niestety czułam się, jakby pisarz przerwał w nieodpowiednim momencie i odczuwałam wielką chęć dowiedzenia się co było dalej. Fakt, że nie jestem fanką opowiadań - czym dłuższa forma, tym dla mnie lepiej.
Andrzej Pilipiuk, Aparatus, Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2011
Joanna Szczygłowska
(joanna.szczyglowska@kobieta20.pl)