Zatracając się w powieści Janoscha czułam się jakbym czytała o zupełnie innym gatunku człowieka – odmiennym, nieznanym, niewyobrażalnie dalekim. Autor przedstawia z detalami przemyślenia i życiowe koleje typowej śląskiej rodziny, nie zapominając o smaczkach z życia przyjaciół, wrogów, sąsiadów. Narrator jest wszechwiedzącym i wszystkowidzącym obserwatorem, który to w niespotykanym stylu pełnym humoru, groteski i satyry komentuje słodko-gorzką rzeczywistość.
Życie na Górnym Śląsku nie jest złe, a narrator ma wobec bohaterów wiele sympatii. Relacjonuje lecz nie piętnuje zgnilizny moralnej i zacofania. A pole do popisu w tej materii ma spore – rękoczyny (włącznie z biciem żony za nieurozmaicony jadłospis), picie (od święta piwo lepsze „na kreskę”, na co dzień – brunatna gorzała, a po niej krwawe zakłady), palenie (na to zawsze znalazł się pieniądz) i oczywiście seks. Z książki Janoscha wywnioskować można, że akt miłosny jest dla mieszkańców biednych kamienic równie ważny jak codzienny gar z tłuczonymi ziemniakami z kapustą. Biedacy robią to chętnie, często i prymitywnie bezproblemowo. Chłopaki zaciągają małolaty do komórek (ku wielkiej uciesze starszyzny), mężczyźni wywiercają dziury w ścianach śmierdzących wychodków, a dziewczyny potrafią oddać się sklepikarzowi za starą, zleżałą na słońcu czekoladę (bo głupio odmówić...). Wolę już nie wspominać o „leczniczym przeczyszczaniu kiszki” serwowanym przez zięcia-samouka swojej przyszłej teściowej.
Pomimo biedy, prostoty i zepsucia bohaterowie Janoscha są wspaniałymi, nieprawdopodobnie kolorowymi postaciami. Książka ta nie jest oczywiście studium czy wspomnieniami – to w pełni literacka fikcja pełna przesady i historii zabarwionych dużą dozą czarnego humoru pisarza. Z przedmowy do książki (pióra Jerzego Illga), dowiadujemy się wiele o smutnym dzieciństwie Janoscha. Dowiadujemy się, że wychowany został (choć to nie jest adekwatne słowo) pod znakiem procentu w robotniczej rodzinie, mieszkającej na peryferiach Zabrza. Chłopak więcej dumy i uznania zdobył pijąc nierozrabiany mocny alkohol niż ucząc się samodzielnie (jako pierwszy z rodziny) czytać i pisać. W rysowaniu także jest samoukiem. Janosh wykorzystuje talent rysowniczy w wielu swych dziełach – zwłaszcza w książeczkach dla dzieci. Na swoim koncie ma on ponad 120 wydanych pozycji. Niepozbawione uroku malunki, nakreślone karykaturalną kreską zdobią także karty Cholonka. Tekst samej książki wydrukowany został granatową farbą i oprawiony w twardą, przyjemnie matową oprawę.
Już od długiego czasu nie miałam w rękach książki tak groteskowej, zaskakującej i przewrotnie zabawnej. Świat obdrapanych familoków, ich mieszkańców walczących z pluskwami, pożyczania sukni na pogrzeb, obnośnego handlu margaryną i jednego w tygodniu dnia prania dla całej ulicy już dawno za nami. Warto w naszym z pozoru uporządkowanym, czystym i moralnym świecie znaleźć chwilę dla Janosha – on pokaże nam prawdziwą naturę człowieka.
Jahosch, Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
Joanna Szczygłowska
(redakcja@kobieta20.pl)