Tajemne siły potrafią krążyć i w świecie pełnym krzemu i hot-dogów.
Myśląc o powieści traktującej o magii, nietrudno jest zbudować w głowie oczekiwany klimat. Pewnie będą świece, może pradawne zamczysko, albo nastrojowa chata. Zapewne możemy spodziewać się także tajemnych, obitych w skórę ksiąg i tajemniczych artefaktów. Karkołomnej misji obalenia stereotypowej atmosfery i przeniesienia świata magii do współczesnej Europy podejmuje się niewielu, bo i łatwo o potknięcie. Magia po prostu kocha mrok i czmycha przed elektrycznością.
Należę do zatwardziałych orędowników podobnego klimatu. Powieści pełne magii, pradawnych istot czy tajemnych obrządków mają dla mnie określoną wymaganą otoczkę. W atmosferę powieści Orsona Scotta Carda „Zaginione wrota”, niestety, nie uwierzyłam w zupełności. Doceniam próbę połączenia tych dwóch, przeciwstawnych światów magii i techniki, ale wtrącenia o serwerach czy wyguglowaniu informacji o pradawnych obrządkach, nie przekonały mnie, a jedynie wybijały lekko z rytmu. Autor nie potrafił zbudować harmonijnego świata, który elastycznie połączyłby te elementy. Jak dla mnie – sterczały one, kłując w oczy niedopasowaniem. Pewnie miało służyć to przyciągnięciu młodych czytelników, niegustujących w moczarach i pieczarach. Ja jednak pozostaję miłośniczką tradycyjnego nurtu fantastyki.
Skłamałabym pisząc, że powieść „Zaginione wrota” nie jest ciekawa. Fakt, pomimo tarcia na linii technika-magia, sama historia jest interesująca i autor wpadł na całą masę świeżych pomysłów. Doceniam zwłaszcza odważny pomysł ze zwichrowanymi relacjami rodzinnymi. Okazuje się, że karanie śmiercią jest na porządku dziennym wśród magów rodu North. Dotyczy to zwłaszcza dzieci niewykazujących talentów magicznych. Podobnie gorzki los podzielić miał główny bohater powieści – nastoletni Dan, który jak się okazało nie tylko moc ma, ale i jest ona tak potężna i rzadka, że sprowadzić może na chłopca duże nieszczęście. Choć doceniam pomysł, to jednak także i w tym przypadku zabrakło mi realizmu, który wciągnąłby mnie w bieg zdarzeń. Nawet w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia Dana z ręki innego członka rodziny, nie zabiło mi szybciej serce na te papierowe groźby.
Uważam, że książka ma potencjał i nie jest najgorsza. Spodoba się zwłaszcza miłośnikom futurystycznych wizji lub przynajmniej akcjom osadzonym współcześnie. Mnie jednak książka nie powaliła na kolana, a wyobraźnia – pracująca zazwyczaj nad lekturą na najwyższym poziomie – drzemie w oczekiwaniu na kolejną, bardziej wciągającą powieść.
Joanna Szczygłowska
(joanna.szczyglowska@kobieta20.pl)
Orson Scott Card, „Zaginione wrota”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012