Nie jesteś w nim otoczony samymi ludźmi. Po chodnikach chodzą wróżki, koło twojej głowy latają chochliki, a elfy zdumiewają głębią spojrzenia. Dwa światy – ludzi i fata – współgrają ze sobą, czy może kolidują?
Nocą kluby i bary pełne są męskich wróżek z olśniewającymi skrzydłami, barmanów krasnoludów i ludzi chcących się bawić. Mieszkańcy przygotowują się do Święta Przesilenia, przystrajają miasto w kolorowe girlandy, nie wiedząc, że w każdej chwili mogą zostać brutalnie zamordowani. Jeśli jesteś męską wróżką, miejsce twojego serca może zająć kamień oblepiony piaskiem. Wszystkiemu winien jest Wtorkowy Morderca.
Sprawą zajmuje się Connor Grey – fata, który w utarczce z terrorystą został pozbawiony swoich nadprzyrodzonych zdolności, co źle wpłynęło na jego psychikę i zdolność do pracy. Jednak po zakończeniu kariery w Gildii Strażników (agencja policyjna i ambasada) nie potrafi tak po prostu oddać się lenistwu i uczestniczy w dochodzeniu w sprawie Wtorkowego Mordercy.
Grey wraz z policjantem Murdockiem ma za zadanie poskromić mordercę wróżek, zanim liczba ofiar wzrośnie. Ofiary to wróżki rodzaju męskiego, które mordowane są wyjątkowo brutalnie – w miejscu wyrwanego serca widnieje kamień, również kamienie przytwierdzają ich skrzydła do ziemi.
Jest motyw, są wyraziści bohaterowie, zwroty akcji, nie wspomnę już o zakończeniu, które jest naprawdę mocnym punktem tej książki. Jednak w tym wszystkim brakowało mi jakiejś płynności, stopniowania napięcia – albo działo się sporo, albo zupełnie nic. Między scenami pościgów, bijatyk, ucieczek z miejsca zbrodni dzieje się niewiele. Tylko raz dostałam wypieków na twarzy podczas czytania, kiedy Connor Grey znalazł się w sytuacji pozornie bez wyjścia. Jednak po chwili emocje opadły i przewracałam strony czekając, aż znów wydarzy się coś, co przybliży do rozwiązania śledztwa. Spodziewałam się lektury trzymającej cały czas w napięciu, ale naprawdę trudno się fascynować, kiedy autor kolejny raz raczy czytelnika informacją, że Connor bierze prysznic.
Brakowało mi wniknięcia w umysły bohaterów. Z zewnątrz zarówno Connor Grey, Murdock jak i inne osoby zamieszane w śledztwo opisane są bardzo wyraziście. Wiemy, że Grey jest mistrzem ironii, ciętych ripost i nie ugnie się w dążeniu do celu, ale nie wiemy, co dzieje się w jego głowie. Nie poznałam jego toku rozumowania, jego osobistych odczuć poza głównymi uczuciami jak gniew, złość czy radość. Nie potrafię uwierzyć bohaterowi, kiedy nie wiem, co i dlaczego mu chodzi po głowie, jakie myśli się w nim kołaczą. Chciałabym więcej analiz sytuacji, jego osobistego podejścia, tym bardziej, że Connor Grey jest narratorem powieści, a tak mało mówi o sobie.
Autor wprowadził sporo bohaterów, w tym pięknych i silnych kobiet (aż dziwne, że nie ma tu wątku miłosnego). Spodobała mi się postać Stinkworta, grubego, poczciwego chochlika, pochłaniającego niezliczone ilości ciastek i alkoholu. Nagromadzenie charakterów nie pozwala na bliższe zapoznanie się z nimi, jednak Rzeczy niekształtne to pierwszy tom zapoczątkowanej w 2007 roku serii o Connorze Greyu, więc liczę na to, że następne tomy bardziej zobrazują postaci.
Moja wiedza o magicznych istotach sprowadza się do tego, że elfy mają szpiczaste uszy, a wróżki skrzydła. Sporo tu jest innych istot oraz magicznych zaklęć. Myślę, że osobom, które miały więcej do czynienia z magią w literaturze, książka przypadnie do gustu.
Mimo tych kilku niedociągnięć, jest coś, co skłania do zapoznania się z treścią debiutanckiej powieści Marka Del Franco. Autor ma niesamowitą wyobraźnię i talent do opisywania zaklęć i ich efektów. Znowu wspomnę o wydarzeniu finałowym, które jest naprawdę niezwykłe, i choćby dla niego warto przebrnąć przez te kilka rozdziałów, które mogą (ale nie muszą!) się dłużyć.
Mark Del Franco, Rzeczy niekształtne, Fabryka Słów, Lublin 2011
Hania Kwaśna
(redakcja@kobieta20.pl)