W Kopenhadze dochodzi do serii brutalnych gwałtów dokonanych na kobietach, z których jeden kończy się tragicznie. Policja odkrywa że napastnikiem jest mężczyzna, którego pokrzywdzone poznały przez Internet. Gwałciciel jest sprytny, ukrywa swoją tożsamość, zaciera ślady. Asystent kryminalna Louise Rick podejmuje krok, który ją samą wystawia na niebezpieczeństwo. Umawia się z mężczyzną na randkę.
Pierwszym moim problemem podczas lektury był fakt, że nie przeczytałam wcześniej poprzedniego tomu serii („Handlarz Śmiercią”) i niektóre relacje między bohaterami wydawały mi się niejasne. Jednak nie wpłynęło to znacząco na mój odbiór fabuły, z racji że książka „Mam na imię księżniczka” skupiała się na zupełnie nowym śledztwie. Niemniej jednak im bardziej zagłębiałam się w opowieść, tym bardziej czułam się zawiedziona. Spodziewałam się dużo większego napięcia. Sam wątek kryminalny był ciekawy, a jednak trochę za mało skomplikowany. Już w połowie lektury można było się domyślić, kto jest mordercą.
Niewątpliwie zaletą książki „Mam na imię księżniczka” jest fakt, że podejmuje aktualny i coraz popularniejszy temat internetowych portali randkowych. Co prawd,a statystyki twierdzą, że wiele par, które poznały się przez Internet wiedzie szczęśliwe życie (podobno nawet szczęśliwsze od tych par, które poznają się w sposób tradycyjny), to jednak ostrożności nigdy za wiele. O tym przypomina nam Sara Blaedel – nigdy nie wiesz, kto znajduje się po drugiej stronie ekranu.
Jeżeli więc macie ochotę przeczytać serię autorstwa Sary Blaedel uczcie się na moich błędach i zacznijcie od tomu pierwszego, dogłębnie poznając bohaterów. Dla mnie była to lektura dobra, może wy uznacie ją za znakomitą.
Justyna Mazur
(redakcja@kobieta20.pl)
Sara Blaedel, „Mam na imię księżniczka”, Prószyński i S-ka