Jak się okazało Lee Carrol, to pseudonim literacki popularnej autorki kryminałów – Carol Goodman oraz jej męża Lee Slonimsky’ego, który jest poetą i menadżerem hedingowym. A więc mamy duet. Nie tylko pisarski, ale również prywatnie. Czy potrafili oni razem stworzyć coś nowego, wartego przeczytania?
Garet James wraca oszołomiona i zdezorientowana ze spotkania z prawnikiem, na którym dowiedziała się, że jej ojciec zbankrutował i ma ogromne długi. Czarne myśli zaprzątają jej głowę, a nogi niosą ją przed siebie. Tak trafia do tajemniczego antykwariatu z dziwacznym asortymentem towarów, jak zamykane wisiory z sepiowymi fotografiami, czy broszki uplecione z włosów nieboszczyków. Jednak najdziwniejsze jest to, że właściciel, starszy i osobliwy mężczyzna, posiada srebrną szkatułę, na której widnieje taki sam herb, jak na jej sygnecie, który otrzymała od zmarłej matki – „łabędź zrywający się do lotu”. Przyglądając się szkatule, dziewczyna dostrzega nagle obłok lśniących iskier, a gdy dotyka palcami wieka, misterne linie, tworzące wzór, płoną na niebiesko. Jak się okaże jest to zapowiedź niezwykłych rzeczy, które zmienią jej życie i poprowadzą ją drogą pomiędzy światem naturalnym a nadnaturalnym. Garet odkryje, że magia i rzeczywistość, nakładają się na siebie, że obok ludzi żyją magiczne istoty, o ona sama jest potomkinią tajemniczej Strażnicy.
W „Królestwie czarnego łabędzia” mamy do czynienia z dość oklepanym i sztampowym motywem „od zera do bohatera”, który ostatnio bardzo często pojawia się w kolejnych publikacjach. Nieświadoma swoich mocy Garet z dnia na dzień staje się tą Jedną Jedyną, która ma za zadanie ocalić Wszystko i Wszystkich. Czy podąży ona ścieżką swojego przeznaczenia i podoła tej misji? Oczywiście, jak to bywa w przypadku takich historii, zakończenie jest jedną, wielką „niespodzianką”. Książka jest przewidywalna i brakuje jej tego czegoś, co wyniosłoby ją ponad inne przeciętne książki, których, mam wrażenie, ostatnio jest w nadmiarze. Nie ma w niej tej magicznej iskierki, która przykuwa uwagę czytelnika tak bardzo, że zapomina on o otaczającym go świecie. Szkoda.
O bohaterach słów kilka, więc tylko nadmienię, że nie są oni wykreowani w jakiś niezwykły i wyrazisty sposób. Nie wzbudzają emocji, nie przywiązują do siebie czytelnika, a w przypadku czarnych charakterów, nie wywołują oni szczególnej niechęci.
Muszę jednak przyznać, że „Królestwo czarnego łabędzia” ma również kilka dobry stron. Przede wszystkim odpowiednio dawkowane tempo akcji, które delikatnie przyspiesza z każdą kolejną stroną. Dzięki temu następujące po sobie wydarzenie, sprawiają, że książkę, choć bez jakiegoś szczególnego entuzjazmu, czyta się płynnie, a przewidywalna i schematyczna fabuła nie irytuje tak bardzo.
Kolejny plus należy się za pomysł na Strażnice i rolę, jaką mają one do spełnienia, a także za wplecenie w treść książki tych wszystkich postaci, jak alchemik John Dee, sylfy, czy żywiołaki. Również interesująca jest zastosowana przez autorów koncepcja tego, jak wróżki wpływają na śmiertelników, kiedy się z nimi kontaktują. Nie zdradzę nic więcej, aby nie psuć ewentualnej radości czytania osobom, zainteresowany sięgnięciem po tę pozycję.
„Królestwo czarnego łabędzia” okazało się niezbyt porywającą lekturą, która nie dostarczyła mi tego, czego spodziewałam się po książce typu urban fantasy. Autorzy bardziej oscylują między tym a innym popularnym ostatnio gatunkiem, jakim jest paranormal romance. A fakt, że obiekt miłosnych uniesień głównej bohaterki nie ma tętna, jeszcze bardziej potęgował u mnie to wrażenie.
Krótko mówiąc, „Królestwo czarnego łabędzia” jest przeciętną i niewymagającą pozycją, którą można zakwalifikować jako lekkie czytadło z romansem w tle, w sam raz na wieczorny relaks przy książce. Mi jednak nie przypadło szczególnie do gustu, ale może którejś z Was się spodoba?
„Królestwo czarnego łabędzia” Lee Carroll, Prószyński i S-ka, 2011
Monika Kalitka
(monika.kalitka@kobieta20.pl)