Spiski, zdrady i morderstwa – to wszystko i wiele więcej znajdziecie w pierwszym tomie niezwykłej serii fantasy pt. „Ballada o Anusce” autorstwa Bradley’a P. Beaulieu.
Historia rozpoczyna się dość spokojnie. Władcy dwóch potężnych księstw zawarli między sobą pakt handlowy, który ma zostać zapieczętowany poprzez zaaranżowane przez matry (kobiety kontrolujące eter i strzegące królestwo) małżeństwo. Jak to jednak zwykle bywa przy tego typu umowach, nie wszyscy są zadowoleni rozwoju sytuacji. Weźmy chociaż pod uwagę samych narzeczonych, którzy nie tylko za sobą nie przepadają, ale dodatkowo kierują swoją sympatię w zupełnie innym kierunku. Jakby tego było mało Wielki Książę Anuski ginie w tajemniczym ataku hezna (ducha żywiołu), pozostawiając wolne miejsce na upragnionym przez wielu tronie. Rozpoczyna się walka o wpływy i władzę, o wolność, tajemnice i miłość, a nad wszystkim wisi mroczne widmo śmiertelnej choroby, zwanej Wyniszczeniem.
Opowieść skupia na trójce głównych bohaterów, z których najmniej interesujący jest jedyny mężczyzna w tym gronie, książę Nikandr Kałakow, narzeczony Atiany Wostromy – kobiety o silnym charakterze, o czym przekonujemy się już na samym początku powieści. Trzecią z postaci pierwszoplanowych jest Rehada, kochanka Nikandra, rozdarta pomiędzy niespodziewaną miłością, a nienawiścią do świata. Wszyscy troje poświęcają się w obronie tajemniczego i niedostępnego chłopca, który zdaje się być kluczem do uratowania lub unicestwienia Księstwa.
Autorowi „Wichrów archipelagu” z pewnością nie brakuje jednego – wyobraźni. W dobie współczesnych powieści fantasy ciężko wpaść na coś innowacyjnego i świeżego, ale na szczęście Beaulieu podołał temu trudnemu zadaniu, tworząc nowy świat z epickim wręcz rozmachem. W pierwszej części książka skupia się na dworskim życiu i związanymi z nim konwenansami, choć i tutaj nie brakuje spisków i wartkiej akcji. Jednak to drugą połowę czyta się z zapartym tchem, bo autor ani na chwilę nie daje nam odpocząć, zapełniając stronice powieści pościgami i scenami walk.
Niestety nie wszystko jest takie piękne, jakby się mogło wydawać, bo „Wichry archipelagu” mają też parę istotnych wad. Pierwszą z nich jest niespotykana zdolność tłumacza do tworzenia zdań niepoprawnych stylistycznie i wymyślania nowych zwrotów (mój osobisty faworyt to: „przetoczył oczami”), co w skuteczny sposób utrudnia wczucie się w klimat powieści. Dodatkowo od samego początku autor zarzuca nas natłokiem nowych nazw, których znaczenia możemy się domyślać jedynie z kontekstu, co nie zawsze udaje się za pierwszym razem. Niektóre dialogi wydawały mi się nieco wymuszone, ale może to także była wina tłumaczenia.
Mimo że stworzony przez Beaulieu świat jest bardzo interesujący i tajemniczy, momentami powieść czytało się dość topornie. Niemniej jednak wydaje mi się, że mimo paru wad jest to pozycja warta poznania, choćby ze względu na nieszablonową historię i mam nadzieję że kolejne tomy będą już tylko coraz lepsze, bo naprawdę ciekawi mnie co jeszcze autor ma nam do powiedzenia.
Wichry archipelagu, Bradley P. Beaulieu, Prószyński i S-ka, 2011
Justyna Mazur
(redakcja@kobieta20.pl)