Tańcz, niewolnico…

Opublikowano: 2011-06-26
Recenzja książki Podmorska wyspa
Są książki, które uświadamiają mi, w jakim dobrym jestem położeniu. Że mimo codziennych przeszkód tak naprawdę nie mam powodu do zmartwień. „Podmorska wyspa” jest jedną z nich.

Chilijska pisarka umieściła akcję swojej powieści w XVIII-wiecznym Saint-Domingue, gdzie panuje skrajne niewolnictwo. Biali – bogacze, właściciele plantacji, wykorzystują Murzynów do wszystkiego. Czasem liczba niewolników jednego pana sięga kilkuset. Z poranionymi nogami, wycieńczeni, okaleczeni, w pełnym słońcu wykonują rozkazy, nie skarżąc się na swój los. Nowo narodzone dzieci odbierane są matkom, zabijane lub sprzedawane na licytacjach. Wśród białych panuje przekonanie, że „czarni mają budowę przystosowaną do ciężkiej pracy, w mniejszym stopniu odczuwają ból i zmęczenie, ich umysł jest ograniczony, nie potrafią oceniać, są porywczy, nieporządni, leniwi, brak im ambicji i wyższych uczuć”.

Wszystkie te wydarzenia, niewolnictwo, gospodarkę i politykę poznajemy, śledząc jednocześnie losy jednej z niewolnic. Zarité – dziewięcioletnia dziewczyna ubrana w łachmany, chuda i ze skołtunionymi włosami, ale jednak pełna wdzięku, o pięknych miodowych oczach i szlachetnej twarzy. Twarz, która zachowuje kamienny wyraz, usta, które nie odzywają się bez potrzeby i ręce zawsze gotowe do pracy… Taką ją poznajemy. Jak większość niewolnic, musi szybko dorosnąć i spełniać wszystkie zachcianki swojego pana, nawet te łóżkowe. W wieku 16 lat rodzi mu dziecko, zresztą nic dziwnego – Zarité jest nieprzyzwoicie piękna jak na niewolnicę – obfite biodra, zmysłowe usta, „najcenniejsza własność” pana Valmoraina.

W „Podmorskiej wyspie” wydarzenia nawiedzające Saint-Domigue, potem Luizjanę i inne miejsca, przeplatają się z życiem widzianym oczami Zarité jako dojrzałej i wyzwolonej z niewolnictwa kobiety. Właśnie te fragmenty uważam za najbardziej interesujące. Poznajemy osobę, która mimo wykonywania poleceń pana wierzyła, że kiedyś będzie wolna. Bez marudzenia podejmowała się prac, od zmieniania pampersów swojej chorej psychicznie pani, do odebrania porodu kobiety, której życiu zagrażało niebezpieczeństwo. Modliła się do bóstw vodou, brała udział w calendach – rytualnych tańcach przy dźwiękach bębnów, pomagała, kochała. Wiedziała, że może liczyć tylko na siebie i na wszystko zapracować własnymi rękami. Powieść niesie może nie odkrywczy, ale jakże ważny przekaz: musimy odnaleźć coś, co nas uwolni od problemów, pozwoli na chwilę zapomnieć o wszystkim. Dla Zarité był to taniec w rytm bębnów, dla każdej z nas może to być inna pasja. Kolejny raz się przekonałam, jaka siła drzemie w kobietach!

Oprócz treści, o której szybko się nie zapomni, książka ma również wymiar estetyczny – piękne wydanie, opatrzone w słowniczek pojęć związanych z religią vodou, z którego dowiemy się, czym jest tytułowa podmorska wyspa. Czytając, cały czas gdzieś w głowie słyszałam dudnienie bębnów. Myślę, że nadszedł czas, aby mój djembe – afrykański bęben, kurzący się w rogu pokoju, przywrócić do łask i wprawić w ruch własne biodra.

Isabel Allenie, Podmorska wyspa, Wydawnictwo Muza S.A., Warszawa 2011

Hanna Kwaśna
(redakcja@kobieta20.pl)



Facebook
Reklama
 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat