Ukryć prawdę za wszelką cenę

Opublikowano: 2011-06-06
Recenzja książki Sanctus
Gdy wydaje się już, że nie ma żadnej zagadki, żadnej mrożącej krew w żyłach tajemnicy do odkrycia, pojawia się książka, która uświadamia nam jak bardzo się mylimy.

Kościół od wieków fascynuje. Swoją potęgą, majestatem i mroczną (choćby nie wiadomo jak bardzo chciało się temu zaprzeczyć) przeszłością. Najbardziej intrygujące w tej niemal wszechwładnej instytucji jest to, że nieprzerwanie trwa. A co by się stało, gdyby fundamenty, na których powstał okazały się fałszywe?


Chciałabym zaprezentować Wam książkę, która sięgnęła do źródeł Kościoła i wiary. „Sanctus” Simona Toyne’go to powieść, dzieło fikcyjne, a jednak wciąga i pochłania dzięki bardzo sugestywnej fabule i narracji. Pewnego poranka na szczycie Cytadeli – twierdzy ze skały nie do zdobycia, którą od wieków zamieszkują mnisi, państwa w państwie, które rządzi się swoimi prawami i jednocześnie znanej atrakcji turystycznej - pojawia się dziwna postać. Mnich w poszarpanym habicie rozprostowuje swoje ręce, przybierając pozę znaną ze słynnego pomnika Chrystusa z Rio de Janeiro. Wzbudza to poruszenie wśród odwiedzających Cytadelę, zainteresowanie wśród mediów i niepokój wśród mieszkańców góry. Bowiem to, co na początku wydawało się zabiegiem marketingowym czy happeningiem mogło okazać się o wiele groźniejsze w skutkach. Mogło zniweczyć cały trud mnichów w ukrywaniu pewnej bardzo niepokojącej prawdy. Prawdziwe problemy rozpoczynają się jednak dopiero wtedy, gdy mnich skacze z góry prosto w objęcia gapiów. Akt desperacji? Wypadek? Depresja? Są tacy, dla których śmierć mnicha ma znaczenie symboliczne, wypełniają się bowiem słowa przepowiedni. Dojście do prawdy będzie prowadziło przez morze krwi. Do czego posunie się Kościół, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw?


Za dużo znaków zapytania? Taki właśnie jest „Sanctus” – jedna odpowiedź przyczynia się natychmiast do postawienia trzech nowych pytań. Simon Toyne rewelacyjnie stopniuje napięcie, a akcja ani na chwilę nie traci rozpędu. Także wielki sekret przykuwa do lektury tej książki - Simon Toyne nie podaje bowiem czytelnikowi rozwiązania na tacy…


Jeśli niegdyś pochłanialiście „Kod Leonarda da Vinci” to myślę, że z przyjemnością sięgniecie po książkę „Sanctus”. To nie będzie ta sama historia, może mniej kontrowersyjna dla opinii publicznej, może tajemnica okaże się mniej sugestywna, ale i tak warto! Poza tym Simon Toyne dopiero się rozkręca – „Sanctus” to jego debiutancka powieść i jednocześnie pierwsza część trylogii. Ja już nie mogę doczekać się ciągu dalszego.


Simon Toyne „Sanctus” Prószyński i S-ka, Warszawa 2011


Agata Podgajska
(redakcja@kobieta20.pl)



Facebook
Reklama
 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat