Meksyk, rok 1993. Milla, świeżo upieczona mama 6-tygodniwoego Justina, wybiera się ze swoim synkiem na pobliski targ. Tam dochodzi do tragedii. Dwóch napastników napada na nią i wyrywa jej z ramion dziecko. Mimo że Milla walczy z nim ze wszystkich sił, nie udaje jej się udaremnić porwania. Sama zostaje ciężko ranna i walczy o życie. To nieszczęście wywraca cały jej świat do góry nogami. Przez kolejne 10 lat próbuje odnaleźć syna. Tym poszukiwaniom podporządkowuje całe swoje życie. Jednak bez skutku. W końcu udaje jej się trafić na ślad pewnego człowieka, niejakiego Diaza, który może być w posiadaniu jakiś informacji na temat porwania Justina. Czy ten tajemniczy i niebezpieczny mężczyzna pomoże jej odnaleźć odpowiedź na pytanie, co stało się z jej synem?
Milla, główna bohaterka powieści, jest dojrzałą i zdeterminowaną kobietą. Przez 10 lat nie ustawała w poszukiwaniach syna, całe życie poświęciła temu jednemu zadaniu. Kiedy jej rodzina starała się ją przekonać, żeby zapomniała o Justinie i ułożyła sobie życie od nowa, ona uparcie nie chciała się poddać. Nie mogła, to był jej cel. Poza tym założyła organizację, która pomaga odnajdywać zaginione osoby. Muszę przyznać, że jej postawa budzi podziw. Mimo wszystko, postać Milli nie przypadła mi jakoś szczególnie do gustu. Nie zżyłam się z nią. Przez to, jak został przedstawiona przez autorkę, wydawała mi się trochę taką nierzeczywistą osobą. Jeśli chodzi o pana Diaza, no no, smakowity kąsek. Tajemniczy, męski, silny, dziki i niebezpieczny mężczyzna, przy którym możesz się czuć najbezpieczniej na świecie. Jeśli tylko pozwoli Ci się do siebie zbliżyć. Jednak, tak jak w przypadku Mili, ciężko mi było wyobrazić sobie jego postać, jako rzeczywistą osobę. Niestety, takie same odczucia miałam w przypadku wszystkich bohaterów i dla mnie nie byli oni mocnym punktem tej książki.
A czy coś było taką mocną stroną tej pozycji? Myślę, że mogłabym wskazać styl autorki. Pani Howard pisze w sposób lekki i przyjemny w odbiorze. Mogę powiedzieć, że książka wręcz „czyta się sama”, nie zauważałam nawet, kiedy przewracałam kolejne strony. Fabuła była interesująca. Zagadki, tajemnice, kolejne elementy układanki, wskakujące na swoje miejsce. Cały czas zastanawiałam się, czy Milli po tylu latach uda się w końcu odnaleźć syna, czy też nie? Czy trop, na który tym razem trafiła zaprowadzi ją znowu w ślepy zaułek? Czy może w końcu odkryje jakieś informacje, które przybliżą ją do prawdy o tym, co stało się z jej dzieckiem? W głowie kłębiły mi się liczne pytania, na które maiłam nadzieję uzyskać odpowiedź, przewracając kolejne strony książki. Wszystkie te elementy sprawiają, że tę pozycję czyta się z prawdziwym zaciekawieniem, połykając kolejne rozdziały.
Akcja książki posuwa się płynnie i powili do przodu, by nagle rzucić nas w wir wydarzeń i niespodziewanych rozwiązań. Na szczęście końcówka znowu gwarantuje trochę wytchnienia, a my, razem z bohaterami, na spokojnie możemy sobie przemyśleć i poukładać wszystko to, co się wydarzyło. Jednak brakowało mi w tym wszystkim jednej rzeczy. Tego wspomnianego wcześniej dreszczyku emocji. Autorce owszem udało się mnie zaciekawić fabułą i niekiedy zaskoczyć niespodziewanym zwrotem akcji. Wywołała również u mnie różne emocje, takie jak smutek lub radość, ale zimnych ciarek na moich plecach nie poczułam. A szkoda, ponieważ na to przede wszystkim liczyłam, sięgając po tę książkę.
Podsumowując, „Dość już łez” jest ciekawą i przyjemną w odbiorze pozycją. Znajdziemy tutaj intersującą fabułę, wartką akcję, namiętny wątek miłosny, a wszystko to razem wzbudza u czytelnika prawdziwe emocje, niestety nie grozy. Mimo to, książkę jest bardzo dobrą lekturą, przy której można się odprężyć i zrelaksować. Do pełni szczęści wystarczy jeszcze tylko herbata w kubku i kot na kolanach.
Linda Howard, Dość już łez, G J Gruner Jahr Polska, 2011
Monika Kalitka
(redakcja@kobieta20.pl