Wakacyjne kłamstwa uchodzą na sucho

Opublikowano: 2012-08-24
Recenzja książki „Wakacyjna tożsamość”.
O tym, że kłamstwo ma krótkie nogi, wiemy wszyscy nie od dziś. Ale fakt, że czasem uchodzi ono na sucho, nie jest specjalnie wychowawczy, szczególnie w kontekście powieści dla nastolatek.

Gdybym miała dziesięć lat mniej, może bardziej wciągnęłaby mnie historia „Wakacyjnej tożsamości”. Lexi i Devon poznały się w wakacje i od razu przypadły sobie do gustu. Szkoda tylko, że życie Lexi wydawało się „Devi” o wiele ciekawsze i bogatsze w przeżycia niż jej własne. A skoro wakacyjna znajomość raczej nie przerodzi się w przyjaźń poza Skype'em ze względu na dzielącą dziewczyny odległość, to nie istnieje również niebezpieczeństwo, że pewnego dni Lexi zobaczy nudne życie Devon. Dlatego w swoich opowieściach Devon należy do grupy najpopularniejszych osób w szkole, w które w rzeczywistości nie zwracają na nią uwagi, a Jared – najprzystojniejszy w całej szkole – szaleje za nią, podczas gdy tak naprawdę nawet nie wie, jak ma na imię. Ale przecież Lexi i tak się nie dowie...

Szkoda tylko, że rodzina wakacyjnej przyjaciółki zdecydowała się na przeprowadzkę właśnie do miasta, w którym mieszka posiadaczka „wakacyjnej tożsamości”. Szok Devon, która widzi Lexi w drzwiach swojej szkoły, szybko ustępuje miejsca panice. Bo jak nagle zaprzyjaźnić się z Jaredem, Luke'iem czy Kim, których stolik w stołówce jest najbardziej prestiżowym miejscem na szkolnej arenie? I jak przekonać Jareda, żeby zdecydował się udawać związek? To wszystko jest niewykonalne w obliczu katastrofy, jaką jest pojawienie się Lexi. Czyżby wakacyjne kłamstwa miały wyjść na jaw? Sieć bajek i fantasmagorii zaczyna się rozrastać... W końcu jednak Devon sama zaczyna się w niej gubić, wymyślając kolejne i kolejne kłamstwa dla podtrzymania iluzji, którą w czasie wakacji karmiła koleżankę.

Sięgając po kłamstwo jako po sposób na zatuszowanie wcześniejszych kłamstw, Devon oczywiście w pewnym momencie się potyka i wszystko wychodzi na jaw. W międzyczasie w sieć kłamstw zostają wplątane kolejne osoby, które często nie mają świadomości o swoim miejscu w alternatywnej historii życia Devon. Niejedna osoba zostaje zraniona, niejedna osoba przyłapuje dziewczynę na kłamstwie, a jednak w wyniku zaskakującego rozwiązania akcji wszystko uchodzi nastoletniej kłamczuszce na sucho. I okazuje się, że „dzięki” kłamstwom „Devi” zamieniła część wymyślonych historii na rzeczywistość. Żeby to było szczególnie wychowawcze, to mam pewne wątpliwości. A do tego naiwne i momentami po prostu... bezdennie głupie.

Albo może po prostu jestem za stara na współczesną literaturę młodzieżową. Pozwolę sobie na osobistą refleksję. W czasach, gdy chodziłam do gimnazjum, dziewczyny zaczytywały się książkami Musierowicz, powieściami o „wędrujących dżinsach”, a potem „Buszującym w zbożu”, bo „Mikołajkiem” to zaczytują się chyba wszyscy. Jeśli dzisiejsze gimnazjalistki czytają takie gnioty (w sumie brawa, że czytają!) jak „Wakacyjna tożsamość”, to aż się boję pomyśleć, co czyta reszta. Bo powieść Lauren Barnholdt to chłam, banalna, przewidywalna i napisana kiepskim językiem książeczka. Zero oryginalności, pomysłu, wszystko jest do bólu wręcz oczywiste i po pierwszym zdaniu już wiadomo, jak się skończy. Żadnego wysiłku intelektualnego, żadnej niepewności, nie ma nawet cienia wątpliwości, jak zakończy się historia Devon i Lexi. Dlatego w sumie się cieszę, że nie mam nastu lat i okres dojrzewania przeszłam pod rękę z „Anią z Zielonego Wzgórza” i siostrami Borejko zamiast z Lexi i Devon.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Lauren Barnholdt, „Wakacyjna tożsamość”, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012



Facebook
Reklama
 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat