To opowieść o pełnym życia, koloru i śmiechu przyjacielskich tubylców raju dla niespieszących się nigdzie wędrowców.
Już od dawna nie czytałam tak wciągającej, inspirującej i mądrej książki. Przez 3 lata, krok za krokiem, para Francuzów podążała po najbardziej tajemniczym ze wszystkich kontynentów. Widzieli wiele, zrozumieli jeszcze więcej. Wraz z nimi i nieświadomy czytelnik poznaje wszystkie kolory na złożonej Palecie Afrykańskich barw.
Młode małżeństwo za swój jedyny dobytek miało plecak z najważniejszymi sprzętami (szczoteczka do zębów przepiłowana na pół – w długim marszu ważny jest każdy gram!), parę dobrych butów i naiwną wiarę w zasadność długiego marszu. Dlaczego szli na piechotę? Najważniejsze założenie wyprawy było proste - żadnych podwózek autem, wygodnych środków transportu – tylko nogi wędrowca maszerujące kilometrami. Jazda autem przybliża cel i skraca czas wędrówki, ale nie na szybkim dotarciu do celu zależało młodemu małżeństwu. Na pytanie jednego z afrykańskich przyjaciół (jakich poznali wiele podczas długiego marszu) – Jesteście szaleni! Dlaczego wybraliście drogę na piechotę? - świadomi swej misji podróżni odrzekli zgodnie z prawdą – Żeby spotkać ciebie. Nieważne było miejsce, lecz sposób dotarcia do niego.
To właśnie ludzie, których strudzeni blond wędrowcy spotykają na swojej drodze, stanowią największą wartość książki. Niczym byłyby zaskakujące opisy przyrody (pingwiny w Afryce?!) czy ciężkie opisy długiego marszu (rozcięte buty Sonii, z których wyłania się spuchnięta od pęcherzów stopa) bez barwnych postaci spotykanych pod koniec dnia.
Książka wyzwala w zgorzkniałym czytelniku masę pozytywnych emocji i rozbudza wiarę w drugiego człowieka. Każdego dnia, na obcym kontynencie, wśród ludzi o odmiennym kolorze skóry, religii czy kulturze trafiali się dobrzy tubylcy, oferujący kąt do spania, miskę strawy i historię swego życia. W każdą z tych opowieści uwierzyłam bez wahania – były proste i uczciwe jak spalona słońcem gleba, drugim razem biła z nich prawda pomimo tragicznych losów, spętanych w dramatycznych węźle niesprawiedliwości.
W pamięć zapadła mi zwłaszcza historia odchodzącego na nowotwór mężczyzny, zainspirowanego młodymi Francuzami do wydobycia z siebie jeszcze krztyny energii. Wraz ze wzruszonym małżeństwem i oszalałym ze szczęścia kundelkiem wybiera się w ostatni spacer swego życia, gasnąc z każdym krokiem symbolicznego marszu... Również i mi ciężko było zahamować falę wzruszenia, pomimo czytania książki w najmniej sprzyjających warunkach – w środku zimnego i zatłoczonego do granic tramwaju. Magia pięknej historii poruszy sercem bez względu na okoliczności.
Wielkim atutem książki jest jej styl. Reportaże spisane ręką Alexandra nabierały niezwykłej lekkości i powieściowego szlifu. Autor pięknie potrafi opisywać emocje, z wdziękiem oddaje niezauważalne szczegóły i doznania płynące ze wszystkich zmysłów. Największe wrażenie robią jednak jego opisy ukochanej żony, pokonującej z pewnym mistycznym spokojem kilkadziesiąt kilometrów dziennie – w deszczu, wietrze czy pod palącym słońcem równika. Autor rozpływa się nad jej opanowaniem, wyższością majestatycznych kobiet nad męskim zdobywcą, nad jej siłą i charyzmą wobec tubylców. Zdaje się, że małżeństwo Poussin z każdym krokiem kochało się coraz mocniej!
Afryka Trek to reportaże o sile, wytrwałości, pięknie, miłości i międzynarodowości dobra. Szerozłote serce, otwarte dla obcego w potrzebie, nie wie co to kolor skóry, religia, kultura czy stan portfela.
Poussin Alexandre, Poussin Sonia , Afryka Trek. Od Przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro, Zysk i S-ka, 2011
Joanna Szczygłowska
(joanna.szczyglowska@kobieta20.pl)