Nie jest jej obce zakuwanie po nocach, jak również nocne libacje alkoholowe w akademiku i poranny kac-morderca. Jednak opowieść o zwykłej studentce nie byłaby niczym nadzwyczajnym, dlatego Martyna Raduchowska, debiutująca wrocławska pisarka, wyposażyła główną bohaterkę w nadprzyrodzone zdolności oraz w rodzinę, która wymaga od niej, aby związała przyszłość właśnie z tymi talentami.
Niczym Cole Sear z „Szóstego zmysłu”, Ida Brzezińska widzi i słyszy zmarłych. Mama – czarownica i ojciec - mag, chcą wydobyć z Idy skrywające się w niej zdolności i wysyłają ją do ciotki Tekli, która ma przygotować dziewczynę do uprawiania magii. Jednak dziewczynie ani się śni pakować w życie, jakie od dwudziestu pokoleń wiedzie jej rodzina. Zamiast jechać do ciotki, ucieka z domu. Z okolicy, w której obrazy trupów nawiedzały ją tylko okazjonalnie, co kilka lat, bądź w takich miejscach jak szpital, cmentarz, kościół, gdzie śmierć jest codziennością, trafia do Wrocławia, gdzie wcale nie jest już taka bezpieczna. Z pewnością nie spodziewała się, że będzie dzielić pokój w akademiku ze zmarłą kilka lat wcześniej dziewczyną – harpią Joanną, która do końca książki będzie chodziła za Idą jak cień, otoczona ognistymi skrzydłami i skrzecząca. Jak cień za idą chodzi także Pech. „To nie Ida ma Pecha. To Pech ma Idę” – tego dowiadujemy się zarówno z okładki, jak i z kart powieści.
Ida uczy się przeprowadzać zmarłych „na drugą stronę”, traci ciało, aby po wielu cierpieniach je odzyskać, wywołuje duchy. Nawiedziona kamienica ciotki – czarownicy staje się jej drugim domem, a towarzystwo pomocnych i sympatycznych duszek – codziennością.
W ciągu kilku miesięcy Ida staje się, chcąc nie chcąc, cenioną szamanką od umarlaków, która sama czasem nie wierzy (i czytelnik również!), że znów udało jej się cało wyjść z tarapatów.
Książkę czyta się szybko. Wątek, wokół którego toczy się cała akcja, ani na chwilę nie zwalnia, wręcz przeciwnie, Ida i prześladujący ją Pech cały czas gmatwają sprawy. Szamanka i jej zawodowe perturbacje z pewnością spodobają się studentom. Czytając o stanie permanentnego niewyspania i stresu towarzyszących jej w czasie sesji egzaminacyjnej na uczelni, cieszyłam się, że właśnie leżę na ogrodzie z książką w ręku i rozkoszuję się wakacjami.
Już od pierwszego rozdziału ucieszyłam się, że akcja dzieje się we Wrocławiu – mieście, w którym sama studiuję. Dzięki temu mogłam jeszcze bardziej wtopić się w tło opowieści i widzieć oczami wyobraźni jak na dłoni miejsca, w których działa Ida: ten sam Uniwersytet, te same ulice, dokładne adresy kamienic.
Jedyne, co chciałabym zmienić w tej książce to czcionka, jaką został zapisany tytuł. Trochę nieczytelna i wtapiająca się w wielobarwny obrazek zdobiący okładkę.
Jeśli nadal nie przekonałam do sięgnięcia po tę książkę, mam jeszcze jeden argument, który za nią przemawia. Gryzak – bohater, którego nie sposób nie polubić – stworzonko o granatowej sierści, lisiej kicie i żółtych, wyłupiastych oczach. Nie do końca zwykły pupil. Jak pozostali bohaterowie, potrafi robić rzeczy, o których zwykły śmiertelnik mógłby tylko pomarzyć. Sama chciałabym mieć takiego pupila, ale niestety nie jestem szamanką od umarlaków… : )
Martyna Raduchowska, Szamanka od umarlaków, Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2011
Hanna Kwaśna
(redakcja@kobieta20.pl)