Aldona Urbankiewicz to kobieta, z której - moim zdaniem - z której warto brać przykład. Autorka stworzyła niesamowitą książkę, która jest po części przewodnikiem, a po części pamiętnikiem, który zabierze nas aż do najodleglejszego krańca Europy wysuniętego na północ. Byłam bardzo ciekawa tej książki, sama przyklaskuje ludziom którzy nie obawiają się łamać konwenansów. Najlepiej ujęła to autorka : „dziecko nie jest przeszkodą. Bywa czasem alibi na brak odwagi w realizacji pasji”. Polecam zajrzeć w te pełne słońca kartki każdemu, kto nie potrafi się uporać z problemami dnia codziennego i spojrzeć czasem na swoje życie z innej perspektywy - to naprawdę pomaga!
Nasza opowieść zaczyna się od tzw. pierwszego kroku, który jest najtrudniejszy. Pani Aldona twierdzi, że często sami dla siebie jesteśmy ograniczeniem, z czym osobiście mogę się zgodzić. Młodemu małżeństwu odradzano i pukano się wymownie palcem po czole, co jednak, na szczęście, mieli sobie za nic. Już od dawna podróżującej parze, w dobrych i złych (najczęściej złych) warunkach, nie można przecież narzucić własnego toku myślenia. Gdy para postanowiła wynająć kampera, spakować do niego nawet wanienkę Mikołajka – aby miał maluszek zawsze coś stałego, przez te kilkanaście dni, nie było nic co mogło ich powstrzymać. Powzięli sobie za cel ukochaną Norwegię, która ma wspaniałe drogi i widoki, wprost stworzone do jazdy rowerem, którą Tatuś malca uwielbia.
Jako środek transportu pojawia się również prom, potem, ku zgrozie matki, nieszczęsna łódź. Choroba morska nie jest już tak p
rzyjemnym wspomnieniem, ale i z takimi problemami nasi bohaterowie potrafią sobie poradzić. Miłość do fiordów, ssaków morskich i norweskich widoków zawsze przechyla szalę na swoją stronę. Małego Mikołaja – tak samo jak rodziców – pcha do przodu niczym nie zmącona ciekawość świata, zaskarbia sobie sympatię wielu ludzi, jest też dzielnym małym podróżnikiem któremu nic nie jest straszne. Cała trójka doskonale sobie radzi sobie z Reniferami-samobójcami, niedziałającym zbiornikiem wody, zimnymi nocami i całym tym podróżniczym bałaganem który nam towarzyszy przy każdej podróży. Wszystkie wybrane zdjęcia zrobione podczas tych 6900 kilometrów, dosłownie wszystkie zapierają dech w piersiach. Są również zdjęcia rodzinne, których zazdroszczę niezmiernie i nie mogę przestać przeglądać nawet po przeczytaniu wszystkich stron.
Oprócz robienia cudownych zdjęć, kręcenia amatorsko-kaskaderskich filmików z podróży rowerem, grania w przeróżne gry na świeżym powietrzu (niektóre z nich są warte uwagi, szczególnie dla młodzieży która nie ma co robić z wolnym czasem), w książce autorka miała również czas na opisanie wielu ciekawostek dotyczących mijanych miejsc. Tak też czytamy o wirach, klifach, rytach, miejscach wpisanych na listę UNESCO, o kręgosłupie kaszalota i o dachach na których rosną drzewa.
Autorka nie opisuje nam wszystkiego kolorowymi kredkami, nie stara się ukryć prawdy i ciężkich chwil, wręcz przeciwnie – pokazuje nam, że czasem nie jesteśmy jedyni z naszymi mrocznymi myślami. „(…)nikt nigdy nie mówi o tej drugiej stronie macierzyństwa. Kiedy ma się już dość, kiedy człowiek ma już tylko ochotę wyjść”.
Zakochałam się w tej lekturze, doczekać się też nie mogę następnej części, tym razem „z Miśkiem w Portugalii”. Zupełnie wciągnęło mnie motto autorki : „Żeby przeżyć przygodę, wystarczy wiara, że każdy kolejny dzień przyniesie coś ciekawego, trzeba tylko odwagi, by po to sięgnąć” . Polecam gorąco!
Z Miśkiem w Norwegii, Aldona Urbankiewicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011
Monika Piwowarczyk
(redakcja@kobieta20.pl)