Do książki „Mężczyzna, który chciał zrozumieć kobiety” od początku podchodziłam z dystansem, myśląc „ciekawe, czy się biedakowi uda.” Opowieści o życiowych fajtłapach zawsze mnie rozczulają, a taki właśnie, według informacji na okładce, jest bohater książki. Z tej życiowej nieudaczności ma go wyciągnąć stworzony przez niego samego translator języka kobiet.
Jack Kotowski osiągnął już wiek odpowiedni do ustatkowania się, założenia rodziny i realizowania się w pracy. Tymczasem związek się rozpadł, praca go nie satysfakcjonuje, a jego współlokatorem jest tłusty kot Richard. Zresztą nie tylko kot jest tłusty – Jack jako programista prowadzi siedzący tryb życia, metabolizm coraz wolniej pracuje, a brzuszek rośnie coraz szybciej… Ogólnie: brak perspektyw na ciekawszą przyszłość, zero przyjaciół, z którymi można wyjść na piwo, nie wspominając o kobiecie.
Aż tu nagle przypadek goni przypadek, Jack wreszcie chwyta wiatr w żagle i z każdą kolejną stroną obserwujemy, jak z brzydkiego kaczątka przeradza się w łabędzia, w tym przypadku w specjalistę od uwodzenia. Rozpoczyna się ciąg irytująco-rutynowych wydarzeń, z których Jack jest zadowolony, ale jego coraz bardziej zaniedbany kot Richard – na pewno nie. Mężczyzna opisuje swoje kolejne podboje miłosne, a swoją przemianę z miękkiej kluchy w pana figo-fago zawdzięcza translatorowi języka kobiet i portalowi randkowemu. Trochę to smutne, że tyle potrafi zawdzięczać jakiemuś urządzeniu, które tak naprawdę jest nic nie warte. Umówmy się, wszystkie dobrze wiemy, że te same słowa mogą mieć kilka różnych znaczeń. A tutaj Jack bezgranicznie wierzy swojemu cudownemu translatorowi (później się dziwi, że ma policzki opuchnięte od niezliczonych ciosów wymierzonych przez zniesmaczone jego zachowaniem kobiety). Od razu przypomniała mi się reklama jednej z nowinek technologicznych: „Dzięki niemu mój chłopak stał się bardziej romantyczny, punktualny, towarzyski, itp., itd.”. Według mnie przesada, przerysowanie i zupełny brak wiarygodności. Wystarczy wziąć pod uwagę choćby fakt, że w ciągu kilku tygodni żaden człowiek nie jest w stanie zmienić swojego charakteru i stać się skałą, podczas gdy jeszcze wczoraj był marną, lepką gliną.
Jack Kotowski i jego przemiana nie przekonują mnie. Muszę jednak przyznać, że kilka przytoczonych w książce spostrzeżeń jest trafnych i zabawnych. I tutaj przydał się mój dystans, bo czytając podział kobiet na 9 typów, nie czułam się obrażona, ale bardzo rozweselona. Pod koniec książka robi się przewidywalna, choć zakończenie nie jest takie oczywiste, można je interpretować na kilka sposobów. Całą opowieść radzę też potraktować jako przestrogę przed nadmierną chęcią zmiany prawdziwego siebie. Bo co będzie, kiedy zabraknie nam wspaniałego gadżetu lub konta na portalu randkowym? Staniemy sami przed sobą i zaczniemy się zastanawiać, gdzie się podziała nasza dawna twarz i rzeczywistość.
Cóż, ponarzekałam trochę na „Mężczyznę, który chciał zrozumieć kobiety”. A skoro narzekam, to chyba kwalifikuję się do jednego z typów kobiety - Ojejkujejkujejku!
Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@kobieta20.pl)
Matt Mayewski, „Mężczyzna, który chciał zrozumieć kobiety”, Bellona, Warszawa 2012